— My znamy to jezioro — zawołał Placek.
— Tak, tak, to to samo — mówił Jacek. — Omal w nim nie utonęliśmy, kiedy pelikany spadły z nami do wody. Były wtedy dwa tylko, a patrzcie, co się teraz dzieje!
Chmura pelikanów, nie zwracając na nich uwagi, odbywała łowy z niewielkim jednak powodzeniem.
— Może wśród nich są i nasi przyjaciele — rzekł ze wzruszeniem Jacek. — To były dobre ptaki, choć dziwnie żarłoczne. Stworzyły liczną rodzinę, a same chyba zdechły z głodu, bo potomstwo ma zdumiewający apetyt.
— Czy znacie już stąd drogę? — zapytał ze wzruszeniem Nieborak.
— Przypominamy sobie, że na zachód od tego jeziora mieszkał czarnoksiężnik, a w przeciwnej stronie, ale bardzo daleko jest wielkie miasto, od którego już blisko do twoich bagien. Nie popasajmy tu jednak zbyt długo, bo im dalej będziemy od czarnoksiężnika, tym lepiej dla nas.
Nagle w lesie ozwał się przeraźliwie smutny bek kozy.
— W nogi! — wrzasnął Jacek.
— To ciotka beczy! — krzyknął z przestrachem Placek.
Gnali długo, nie obejrzawszy się nawet. Znowu wędrowali przez wiele dni, aż ujrzeli rzekę srebrzyście wijącą się wśród pól i lasów. Konie, poczuwszy wodę, zaczęły strzyc uszyma, a i jeźdźcom uczyniło się raźniej, bo im się wydało w przeczystym świetle ranka, że gdzieś na widnokręgu zamajaczyły wieże miasta.