Kiedy przybyli na wzgórze, skąd jak na dłoni było widać ich miasteczko, koń Jacka targnął się w bok, jakby się czegoś przestraszył.
— Ktoś tu jest przed nami — szepnął Placek.
— Mrok jest, nie widać dobrze... To pod krzyżem siedzi jakaś kobieta... Co tam robicie, kobieto? — zapytał Jacek.
— Czekam tu z ostatnim bochenkiem chleba — ozwał się słodki głos.
— Na kogo czekacie, dobra niewiasto?
— Na synów moich, którzy mogą wrócić głodni...
— O Jezu — mówił w gorączce Placek — ten głos!... Ten głos!... Matko! — krzyknął nagle i jakby go wiatr zwiał z siodła, zeskoczył z konia.
Po chwili staruszka mieszała swoje łzy z ich łzami.
— Czy nie jesteście głodni? — pytała, łkając.
— O nie, matko słodka, najdroższa matko. A ty, czy dawno jadłaś?