— Takiemu można wierzyć!
Jechali długo, nie mówiąc do siebie ani słowa. Nagle jadący na przedzie Placek wstrzymał konia tak gwałtownie, że aż zarył się kopytami w ziemię.
— Czemu stanąłeś? — krzyknął Jacek.
Placek w milczeniu wyciągnął przed siebie rękę.
— Zapiecek!
Kos, usłyszawszy to, wywinął kozła w powietrzu i poleciał w powrotną drogę.
Chłopcy patrzyli długo w nabożnym milczeniu. Tyle lat, tyle lat... Tyle historii i zdarzeń... Tyle mąk i utrapień... Byli na świecie i nic tam nie znaleźli. O, nie! Coś znaleźli: własne serca. Wyłowili je jak złote ryby w wielkim morzu tęsknoty. Wracają teraz z takim cudownym darem do tej, którą opuścili niegodnie. Chcieliby gorącymi łzami zaświadczyć, że ją teraz miłują ponad wszystko na świecie, lecz czy ich przyjmie? Czy ich nie odpędzi od progu jak włóczęgów?
— O Boże — modlił się Placek — spraw, niech nam matczyne serce przebaczy. Ukarz nas wedle sprawiedliwości, lecz niech nasza matka będzie szczęśliwa!
Jacek łkał cichutko.
Już w srebrzystej niebieskości wieczoru widać było krzywą wieżę Zapiecka. Oni jechali powoli, z lękiem niezmiernym i razem z niezmierną radością. Dusze mieli pełne drżeń, a serca pełne miłości.