— Tak, ale niewielka to zabawa jeść tylko jagody i owoce!
— Nie bój się, Placek, będzie i mięso!
— Skąd tu można wydostać mięso?
— Już o tym pomyślałem. Na pierwsze danie pójdzie kulawa wiewiórka, a potem zabijemy tę rozpłakaną sarnę. Najłatwiej ją będzie uderzyć kamieniem w głowę, kiedy położy łeb na kolanach starego człowieka.
— A kiedyż to się wszystko stanie?
— Zaraz jutro! Zrobimy tak...
Zaczął znowu szeptać, pochyliwszy się nad uchem Placka, który uśmiechał się z zadowoleniem.
Zasnęli potem i długo spali. Słońce już przewędrowało kawał nieba, kiedy się obudzili, cokolwiek już chudsi i mniej obrzękli. W tejże chwili, jak gdyby usłyszawszy szelest w chatce, zjawił się staruszek, przywitał ich wesoło, zapytał o zdrowie i rzekł:
— Chodźcie ze mną, chłopcy mili, napijecie się wody ze źródła, a potem pójdziemy zbierać poziomki. Pan Bóg, który mnie samego dotąd karmił, nakarmi nas trzech.
Chłopcy spojrzeli na niego ponuro, a Placek rzekł: