— O, nie! — zawołała kobieta. — Moje dziecko żyje!

— Skąd wiesz o tym?

— Bo gdyby umarł, to moje serce dałoby mi o tym znać, a zaraz potem by pękło. Mój syn żyje! Dlatego nie przestanę rozpalać ognia aż do ostatniego tchnienia.

— Straszna to jest praca!

— Nie ma takiej pracy, której by matka nie dokonała dla swojego dziecka.

Chłopcy po raz drugi nakryli powiekami oczy, aby przy blasku ognia nie dojrzała w nich fałszu.

— Palę ten ogień — mówiła kobieta — dla niego, palę i dla innych. Wielu zabłąkanych ten ogień uratował, wielu tonących i grzęznących w bagnie wyprowadził na to bezpieczne wzgórze. Myślę, że za to Pan Bóg pomoże powrócić mojemu synowi i wskaże mu drogę. Strasznie, strasznie już jestem zmęczona. Od dziesięciu lat nie zaznałam snu w nocy, a we dnie wciąż się budzę, bo mi się zdaje, że słyszę wołanie. A to tylko na tych trzęsawiskach coś woła.

— I my słyszeliśmy dziwne głosy. Co to tak woła?

— Nie wiem. Może to woła zły duch, aby zbłąkanych sprowadzić ze ścieżki, albo może to płaczą ci, co się tu potopili.

— A czy jest stąd inna droga?