— Hej, dzieci, uciszcie się, pan burmistrz idzie!
W tej chwili, jak na komendę, chłopaki przerwały krzyk i ucichły. Ludzie się zdumieli, pomyślawszy, że ich burmistrz jest tak wspaniałą i dostojną osobą, iż nawet nierozumne, choć złośliwe stworzenia potrafią uszanować jego godność. Wszedł on do izby bardzo chmurny, powitał biedną matkę obu zabijaków35, po czym skierował na nich groźny wzrok. Patrzył na nich długo, ujrzawszy dwóch maleńkich urwipołciów36 z jarzącymi oczyma, straszliwie piegowatych i okropnie brzydkich. Powoli jednak zaczął się mienić na dostojnej twarzy i czerwienić z wielkiego gniewu; dumny w pierwszej chwili, że jego osoba przeraziła tych nieznośnych chłopaków, ujrzał w tej chwili, że był to z ich strony niegodny podstęp. Leżąc na poduszkach, przekrzywili śmiesznie głowy, a jeden trącał drugiego, jakby mu chciał zwrócić na coś uwagę. Nagle najwyraźniej zaczęli się śmiać, skierowawszy spojrzenie na nogi burmistrza, z których jedna była odziana we wspaniały but, a druga owinięta w stary worek. Obaj podnieśli w górę nogi na znak wielkiej radości i trzęśli nimi z nadmiernej uciechy.
Burmistrz, ujrzawszy, że te straszne dzieci się z niego natrząsają, wybiegł czerwony z gniewu i wołał:
— To są małe diabły, a nie dzieci!
Kiedy opowiedział o wszystkim zebranym mieszkańcom Zapiecka, ludzie zaczęli załamywać ręce.
— Boże — mówili — co z tego wyrośnie?
— A co robi ich matka? — pytały zatrwożone kobiety.
— Płacze! — rzekł burmistrz smutno. — Matka zawsze płacze, kiedy ma takie dzieci. Oj, będzie ona miała z nimi ciężki los!
Wszyscy zaczęli bardzo wzdychać, pomyślawszy, ile utrapień mają matki, jeśli dzieci są złe i nieznośne. Na całe miasteczko padł z tego powodu wielki smutek, bo wszyscy ludzie byli tu dobrzy i łagodni, a dotąd jeszcze nikt nie śmiał się z tego ogromnego nieszczęścia, które spotkało burmistrza, gdyż nie mógł zdobyć buta na lewą nogę. Litując się przeto nad rodzicami tych dziwnych chłopaków, zwołano wielką radę i uradzono, aby ich ochrzcić jak najprędzej.
Cały tydzień minął, zanim się to mogło stać. Przez ten czas miasteczko jednak było w ciągłym niepokoju, gdyż wciąż się w nim rozlegał nieludzki wrzask. Wszyscy wiedzieli, że ci dwaj malcy wiedli z sobą srogie walki o byle co i o każdej porze. Powyrywali sobie tych niewiele włosów, które każde małe dziecko ma na głowie, bili się o miejsce na poduszce, czasem zaś, kiedy się im krzyk uprzykrzył37, zachowywali się wprawdzie cicho, ale patrzyli na siebie spode łba i jeden drugiego pilnował, aby go drugi z nagła nie uderzył w brzuch albo żeby palca nie wraził38 w oko. Biedna matka wciąż płakała, nie znajdując żadnej rady. Przemawiała do nich słodko, całowała i pieściła, ale wszystko to było na nic. Ojciec czasem krzyknął w gniewie, ale wtedy zaczynali wrzask jeszcze przeraźliwszy, jakby chcieli oznajmić całemu światu, że się im dzieje okropna krzywda.