Chłopcy odeszli, powoli stąpając przez czerwony krąg. Nie rzekli do siebie ani słowa, nawet wtedy, kiedy znaleźli się w biedniutkiej chacie. Coś się w nich działo, ale nie wiedzieli co; coś im ciągle szemrało w sercach, ale nie rozumieli tych głosów.
Widzieli przez maleńkie szybki okna, jak stara kobieta wlecze z wysiłkiem wielkie gałęzie i karmi nimi ognisko, buzujące i krwawe, potem znowu oczy w dal wytęża, przesłania je ręką i patrzy, patrzy, patrzy...
Rumiany brzask spływał ze wzgórza i jak zaróżowiona woda lał się po jego stokach, aż ku granicy bagnisk, na których buczały dziwaczne głosy i słychać było wciąż postękiwania i zawodzenia. Czasem ozwało się dalekie wołanie; może to wołał wodny ptak, może zwierz jaki, zapadający się w bagno, prawie ludzkim głosem wołał pomocy. Wtedy kobieta, drżąc, wołała:
— Czy to ty nadchodzisz, mój synu?
Nikt jednak nie nadchodził. Wtedy mdlało w niej serce i ogień, jakby zawiedziony, przygasał i chwiał się żałośnie, jakby czując, że tej nocy trawił się na próżno, sercem na próżno gorzał i na próżno krwawym rozbłyskiem czerwonego oka patrzył w noc i mrok. Po chwili jednak chwytał nowe drzewo przyniesione przez staruszkę, żywił nim przygasłą moc i znowu gorzał, jak człowiek, w którym duch zamarł na chwilę, żywi się nadzieją i blaskiem rozbłyśniętych na nowo oczu wygląda cudu. Kiedy zaś począł szarzeć świt, ogień zaczął umierać powoli i układać się na szarym i beznadziejnym popielisku; serce tej kobiety gasło też jak jej nieumęczony ogień, oczy, śmiertelnie znużone, zaledwie tliły się spojrzeniem, a na jej twarzy, też szarej i nagle spopielałej, zjawiała się boleść zawodu. Wtedy pocieszała się cichym szeptem nadziei:
— Słońce jest jaśniejsze niż moje ognisko.
Patrzyła potem, czy na wysokiej żerdzi117 widnieje czerwona chusta, z daleka widna, we dnie wskazująca drogę, i szła ciężkim krokiem do chaty na sen pełen przywidzeń.
Kiedy chłopcy się obudzili, ujrzeli ją śpiącą. Na bladych ustach miała lekki uśmiech. Pewnie się jej śniło, że syn powraca ścieżką wśród bagnistej topieli, wpatrzony w matczyną czerwoną chustę, którą wiatr radośnie łopoce.
Oni wyszli z chaty i przez chwilę patrzyli ciekawie dookoła. Było tu smutno i pusto. Ogień przygasł, mizerny wobec słońca, nad bagniskami wałęsała się mgła; było cicho i spokojnie.
— Strasznie tu jest — szepnął Jacek.