„Klapa!”, pomyślała Irenka i pochyliła głowę nad talerzem.
— Koza! — bąknął Zbyszek.
Do końca obiadu była celem żartów. Śmiano się serdecznie, dziwiąc się jedynie, że Irenka, zrobiwszy taki wyborny dowcip, sama się z niego nie śmieje.
„Palnęłam nieśmiertelne głupstwo”, myślała Irenka w swoim pokoiku. „Ale tej kozy nigdy mu nie przebaczę. Jak on od razu przejrzał, że to była heca? Albo słyszał wszystko, kiedy prosiłam Zadorę, albo też ten Zadora zbyt śmiesznie wygłosił wspaniałe słowa... Musiało to niemądrze wypaść i wszystko na nic. Po co on zresztą dodał: «Albo ty, albo śmierć!», kiedy tak nie było umówione? A tak to jakoś powiedział, jakby śpiewał. Po co zaraz ta śmierć? Śmierć teraz dopiero jest potrzebna... Może byłoby to najlepsze, gdybym teraz umarła... O, wtedy to już nie byłaby koza, panie Zbyszku!”.
Zacisnęła powieki i przestała oddychać, być może bowiem, że jest to doskonały środek na rozstanie się z tym nędznym światem. Może byłoby się nawet udało, gdyby ktoś nie był gwałtownie zapukał do drzwi.
— Irenko, zejdź czym prędzej! — wołała pani Milecka.
Irenka odsunęła śmierć łagodnie i strząsnąwszy z głowy ponure myśli, zeszła do pokoju pani Mileckiej.
— Mam dobre wiadomości, moje dziecko — mówiła ona, pokazując jej trzymany w ręku list. — Pani Opolska pisze...
Miłość odleciała z serca Irenki jak ptaszek i usiadła za oknem na gałęzi drzewa, bo jej pani miała w tej chwili ważniejsze sprawy.
— Pani Opolska pisze, że jest chora i sama nie może przyjechać — mówiła pani Milecka, dziwnie uśmiechnięta. — Przysyła za to swoją zaufaną przyjaciółkę czy też krewną, bo niewyraźnie o tym wspomina, i ta pani z tobą się rozmówi.