Zbyszek spojrzał! Spojrzał! Jest cokolwiek zdumiony, lecz cóż to... Wzruszył ramionami i uśmiechnął się tak litościwie i tak drwiąco... I spokojnie poszedł dalej.

Zimny, bezgłośny piorun padł u stóp Irenki.

— Dobrze było, co? — zaśmiał się Zadora z całego serca. — To o niego szło? Rozumiem! O, cóż panienka taka smutna?

— Nawet pan nie pomógł — szepnęła Irenka. — W takim razie już nic nie pomoże... Dziękuję panu... Jest pan strasznie dobry.

— Przejdzie, przejdzie, moja mała — uśmiechnął się Zadora bardzo czule.

Patrzył za nią długo, kiedy odchodziła wolnym krokiem.

„To jakaś pomylona dziewczyna — pomyślał — ale bardzo zabawna”.

Tego samego zdania byli wszyscy, kiedy przy wspólnym obiedzie, podczas chwilowej ciszy, Irenka rzekła niedbale:

— Ten sławny Zadora oświadczył mi się dzisiaj w parku, ale go nie przyjęłam.

Jednej pani wypadła łyżeczka z ręki, ktoś inny znieruchomiał z wzniesionym w górę widelcem. Trwało to jednak krótką chwilę, nagle bowiem wszyscy — oprócz Zbyszka — wybuchnęli głośnym śmiechem.