Radość zacnego doktora nie byłaby jednak tak rozszumiana jak piana na piwie, gdyby wiedział jakie serdeczne cierpienia przeżywa Irenka.
Dni w Zakopanem były promieniste, a jej dusza tułała się w mroku. Nie mogła uratować Zbyszka; jeśli nawet na nią spojrzał, patrzył tak, jakby była ze szkła i jakby przez nią — jak przez powietrze — można było widzieć stół czy krzesło. Na nic zatem wszystkie westchnienia, na nic serdeczna ofiara. On jest zgubiony, a ona będzie smutna do końca swoich dni. Cóż dla takiego wspaniałego melancholika znaczy taki laskonogi podlotek, dla człowieka z siódmej klasy — piętnastoletni skrzat! Trzeba będzie zapaść się w żałość jak w trzęsawisko, kupić sobie olbrzymi dzban na łzy i patrzeć z pękniętym jak szklanka sercem, jak jakiś zamorski dziwoląg zwycięża polską pannę. O, boleści! Jak wytłumaczyć temu opętanemu Zbyszkowi, że ona nie jest dzieckiem, lecz dorosłą, zdolną do największych poświęceń osobą, gotową do czynów śmiałych i zdumiewających, i że posiada serce najczulsze na świecie? Jak zwrócić jego uwagę?
Przypadek, wspaniały przypadek sprawił, że musiał przekonać się o jej znaczeniu we wszechświecie. Nikt tego nie mógł przewidzieć, a ona pojęła w lot, że jeśli teraz nie skorzysta z dziwnego zbiegu zdarzeń, przypadek taki już nigdy nie powtórzy się. Szła przez zalany słońcem park, kiedy usłyszała za sobą śmiech i głośną rozmowę. Zdawało się jej, że poznaje głos Zbyszka, miękki jak mech. Co tam mech! Miękki jak aksamit. Szedł w towarzystwie dwóch dryblasów, swoich kolegów, i głośno o czymś rozprawiali. Przyśpieszyła kroku, a wtem coś zalśniło w jej duszy jak błyskawica. Tuż przed nią, szczerząc zdrowe zęby do słońca, siedział na ławce wielki On, słynny Zadora. Z oszołomionej jej głowy wytrysnął nagle pomysł perlisty jak fontanna. Tamci już się zbliżają... Za chwilę Zbyszek będzie tędy przechodził... Wszystko jedno!... Żegna się z przyjaciółmi i nadchodzi...
Podbiegła do Zadory i usiadła przy nim tak niespodziewanie, jak gdyby zleciała z drzewa. Sławny człowiek zdumiał się zupełnie tak jak zwyczajny człowiek.
— O, to pani — rzekł wesoło.
— Tak, ja... Drogi, złoty, kochany... Potem panu wszystko wytłumaczę... Ale teraz niech pan powie głośno, jak najgłośniej: „O, cudna pani, szaleję za tobą!”. I niech pan oczy wywróci albo ręką położy na sercu... Już, już, niech pan mówi!
Zadora, wesoły chłopak, poczuwszy jakąś radosną awanturę, o nic nie pytał, tylko wrzasnął z niezmiernym przejęciem:
— O, cudna pani, szaleję za tobą!
A od siebie, z własnej inicjatywy, dodał:
— Albo ty, albo śmierć!