— Tylko że pani ani razu nie uśmiechnęła się do mnie. Do mnie zawsze wszyscy się śmieją. Ale może pani nie uśmiechać się, ja i bez tego wiem, że pani jest dobra, tylko że z początku to się trochę pani bałam.

Siwa pani starała się uśmiechnąć, ale nie bardzo jej się to udawało. Głębokie bruzdy koło ust nie mogły się rozprostować. Spojrzeniem jednakże starała się okazać Irence odrobinę życzliwości. Była bardzo jakoś zmieszana i ręce jej drżały.

— Zdaje mi się, że ciebie niełatwo nastraszyć — rzekła z jedną dziesiątą uśmiechu. — Wracajmy jednak do rzeczy. Czy możesz mi, moje dziecko, opowiedzieć o wszystkim, co działo się z wami od tej chwili, kiedy to pani Opolska tak niemiłosiernie odpisała twojej matce? Mów, jak umiesz, ale o wszystkim, o wszystkim. O ludziach i o zdarzeniach... Jeszcze nie jest późno, mamy czas. Mów, Irenko...

Dziewczyna rozpoczęła opowieść barwną i obszerną; wzięła do rąk długi, długi różaniec dni i cichym głosem, jak gdyby modliła się, przesuwała paciorki. Jedne były śliczne, z pereł utoczone, inne smutne, z czarnego drzewa. Głos jej czasem zadrżał albo wilgotniał od łez, kiedy mówiła o matce. Jak złote nitki w szarej tkaninie błyskały dziecinne słowa, kiedy opisywała swoje dni szczęśliwe, wyprawy i szaleństwa. Potem głos jej roześmiał się, kiedy przed nieruchome, wpatrzone w nią oczy starszej pani wywlokła Jasia, zagrzebanego w śniegu lub odprawiającego medytacje z jajkami w ręku. O babce i ciotkach opowiadała rzewnie, wreszcie skrzesał ognia pan Podkówka. Mówiła o dobrotliwym księdzu i o jego testamencie, o wszystkim, o wszystkim. Ustęp osobny, wspaniały i głośny, przeplatany śmiechem i wzruszeniem, poświęciła największemu swojemu przyjacielowi na świecie — doktorowi. Krótko i kwieciście zdawała raport o swojej wyprawie i o przyjeździe do Zakopanego.

Siwa pani nie przerwała jej ani jednym słowem. Słuchała pilnie, zamykając czasem oczy, kiedy Irence głos zadrżał, lub patrząc na nią ciekawie, kiedy zdawała się stanąć na głowie i wyrażała radość. Coś musiało dziać się z wytworną panią, bo jej twarz, zakrzepła w smutnej powadze, zaczęła tajać jakby słoneczny promień padł ma lodową powłokę. Irence zdawało się czasem, że zmarszczki wokół ust czyniły gwałtowny wysiłek, aby zrobić miejsce uśmiechowi, co cieniutką strugą spływał z oczu wyniosłej damy.

— A teraz, na sam koniec — mówiła Irenka, zniżywszy głos — powiem pani coś, ale w największej tajemnicy.

— Mów, mów, moje dziecko!

— Otóż tu, w Zakopanem, spotkało mnie wielkie i śmiertelne nieszczęście.

Dama wzdrygnęła się.

— Co ci się stało, na Boga?! — zapytała z wyraźnym już wzruszeniem.