— Może być, że gdybym była w odpowiednim czasie zjawiła się wśród was, mieszkalibyście tam do dzisiaj... Nie zjawiłam się i stało się nieszczęście... Przebaczcie mi...

— Babuniu! — wykrzyknęła Irenka boleśnie. — Po co o tym mówisz?

— Bo mi to sprawia ulgę... I ty mi przebacz, moje dziecko... Ty chciałaś, biedactwo drogie, ratować ten dom... Ja wszystko wiem... Zaraz, zaraz... Wszystko wam powiem... Otóż pan Podkówka doniósł mi dzisiaj, że z polecenia jednej pani odkupiono ten dom dla tej, która go tak kochała... Dla Irenki...

— Rozumiem! — ogłosił doktor.

— Dom będzie wolny na wiosnę... Na wiosnę wrócicie do swojego domu... A jeżeli Irenka mnie zaprosi, na wiosnę zjadę tam i ja... Chlebem i solą powitam ją we drzwiach... I doktor przyjedzie, i... Wszyscy... I wszyscy... Czy tak będzie dobrze, córuchno?

Nikt nawet słowa jednego nie wypowiedział. Szerokimi oczyma patrzono na panią Opolską, która szczęśliwa i rozjaśniona objęła ich spojrzeniem jak ramionami. Irenka podniosła się powoli: była blada i ręce jej drżały. Chwiejąc się, podeszła do pani Opolskiej i z nagłym szlochem rzuciła się w jej ramiona.

Doktor patrzył potem z rozrzewnieniem, jak cały świat zamienił się w radość wzruszoną do głębi serca; wszyscy ściskali wszystkich, a zjednoczonymi siłami czyniono to z panią Opolską, która wykrzykiwała:

– Czego ode mnie chcecie!... Cóż tak nadzwyczajnego!... Udusisz mnie, Irenko...

Doktor podszedł do niej ostatni i podniósłszy palec w górę, wygłosił uroczyście:

— Morowa z pani kobita!