— Duszę, powiada pani? Szkoda, że nie mogę dać kazać się przenicować, bo wtedy to, co jest na wierzchu, byłoby ukryte, a na jaw wyszłaby promienista piękność.
Pani Opolska poznała w lot tę duszę prostą i uczciwą. Rozmawiała z doktorem z przyjemnością, a czasem przyciszonymi głosami radzili nad przyszłością Irenki i całej rodziny Borowskich. Wtedy doktor, jak ojciec najlepszy, rozprawiał o tej dziewczynie, poza którą świata nie widział. Na jego stare, w małym miasteczku zaśniedziałe lata padł promień z jej dziecięcych oczów; drgnął stary doktor i spojrzał na życie jak na błękit. Ucieszyła się jego samotność, bo miał do kogo przemówić, ucieszyło się jego poczciwe serce, bo miał o kogo zatroskać się. W tej chwili nie dawał tego poznać po sobie, lecz drżał na myśl, że niedługo zniknie z jego życia ta jasna, radosna młodość, bo Irenkę wywiozą daleko, daleko.
Dzień ten nadchodził nieuchronnie. Pani Opolska zapowiedziała wyjazd wspólny, jeszcze tylko na coś czekała. Codziennie otrzymywała depesze lub pośpieszne listy: to mecenas Podkówka pracował sumiennie, wykonując jakieś tajemne jej zlecenia. Nigdy jeszcze poczta w miasteczku nie wiodła tak niespokojnego żywota jak za owych dni. Dotąd zdarzało się, że raz jeden w miesiącu wystukiwał telegrafista radosną wieść: „Są gęsi na sprzedaż. Nu?”. A potem przyjmował odpowiedź: „Ile za te kościotrupy?”. Teraz czasem dwa lub trzy razy w ciągu dnia spadały nań zdyszane depesze pana Podkówki. Aż razu jednego zjawił się telegram bardzo obszerny. Pani Opolska uśmiechnęła się. Wieczorem zaś, kiedy zebrali się wszyscy przy stole, spojrzała po twarzach wokół. Zaczęła mówić na pozór bardzo spokojnie, lecz głos jej drżał ze wzruszenia:
— Mam dziwną wiadomość, moi drodzy. Biały dom, w którym mieszkaliście tak długo, został znowu kupiony.
Oni wszyscy umilkli, jakby ujrzeli białe, smutne widmo czegoś, co bardzo, bardzo kochali. Zdziwieni byli, że pani Opolska o nim wspomina.
— Któż go kupił? — zapytał doktor, chcąc tymi słowami rozpędzić smutną ciszę, co cichym lotem zleciała na nich jak miękkopióra sowa.
— Irenka! — odpowiedziała ze wzruszeniem pani Opolska.
„Hrabina musiała napić się spirytusu z mojej apteczki”, pomyślał doktor, sam przerażony swoim posądzeniem. Głośno zaś dodał:
— Pani raczy żartować...
Wszyscy byli tego zdania i uśmiechnęli się blado. Ona zaś mówiła głosem drgającym: