Doktor podniósł w górę palec.
— Pani myli się łaskawie — rzekł ponuro. — Może być, że są tu między nami ludzie dobrzy, ale są i zbrodniarze.
—- Och, doktorze! — uśmiechnęła się pani Opolska. — Którzy to?
— Ja jestem jeden, człowiek niegodziwy, śmieszny i cokolwiek tknięty na rozumie, a ta oto Irenka to drugi zbrodniarz. Byłem spokojny, a przez nią przypominam furiata; nikogo nie kochałem, a teraz na tym punkcie jestem pomylony i kocham nawet ją; robiłem w domu, co mi się podobało, a teraz muszę wycierać obuwie przed drzwiami i golić się codziennie. Ona ze wszystkimi tak robi... Zobaczy pani, że nie minie rok, a będzie panią kręcić jak kucharz gęsią na rożnie... To jest... Przepraszam... Nie tak chciałem powiedzieć.
— Babuniu! — krzyknęła Irenka. — Wujaszek tak właśnie chciał powiedzieć, a teraz to się wykręca. On tak zawsze!
— Oto widzi pani żmiję, którą wykarmiłem własną piersią. Tfu, do licha! Znowu jakoś nie tak... Zresztą wszystko jedno.
— Ja wujaszka jeszcze ożenię — rzekła Irenka.
Doktor skrzywił się tak, jakby napił się octu z musztardą.
— Swatano mnie raz — mówił głosem używanym na pogrzebach — z nadobną panną. Miała ona zeza, garb i jedną nogę krótszą. Żebrak spod kościoła zrobiłby z tymi ozdobami karierę. Niezbadane jest jednak serce kobiety! Oświadczyła, że jestem dla niej za brzydki, i stąd pochodzi moja melancholia.
— Pan doktor ma piękną duszę! — pocieszała go szmerem głosu ciocia Amelia.