Wpadł w przedni humor i stał się przedziwnie rozmowny. Świetny wytworniś usiłował i słowom nadać polor i złocistą barwę. Widząc, że pani Opolska je niewiele, mówił pięknie:

— Niech pani machnie tego śledzia. Zacna to jest ryba i ma smak niebywały, a że ją czasem czuć na dwie mile, to nie jej wina, lecz przede wszystkim cebuli.

— Nie mogę, panie doktorze, nie mogę! — śmiała się pani Opolska. — Z moim żołądkiem nie jest zbyt dobrze.

— Pewnie jakiś konował wmówił w panią chorobę. Niech się pani strzeże ognia, zarazy i doktorów.

— A jak by pan doktor mnie leczył? Pan doktor przepisuje podobno cudowne zabiegi i trzeba się żegnać, modlić czy coś takiego.

— Poznaję jaszczurczy język tej oto dziewicy. Owszem! Mógłbym panią wyleczyć. Niech pani weźmie codziennie o wschodzie słońca kawałek ananasa, dwie ostrygi i smażone fiołki. Proszę to razem pomieszać, dolać odrobinę esencji pachnącej, używanej do skrapiania włosów, trochę cynamonu i perskiego proszku110.

— I wszystko to zjeść — śmiała się pani Opolska.

— Zaraz, zaraz... Potem proszę dodać do tego laurowych kropli, proszków na bóle głowy, wszystkich pigułek, które pani ma w domu, zwinąć razem i kazać wrzucić do zlewu, a uczyniwszy to, przeżegnać się nabożnie, głośno krzyknąć i zjeść pieczeń wieprzową z kapustą i kartoflami. Jeśli pani potem nie wyzdrowieje, to za trzy dni będzie pogrzeb. Myślę jednak, że pani wyzdrowieje.

Pani Opolska śmiała się w głos. Było jej niewypowiedzianie dobrze. Była szczęśliwa dlatego przede wszystkim, że wszyscy patrzyli na nią z miłością. Śmierdział śledź, jedynym napojem była woda, mięso można było rąbać katowskim toporem, a jej to nie drażniło ani nawet nie zwróciła uwagi na tę gościnną biedotę. Przed niewielu dniami byłaby dostała mdłości i uciekłaby przerażona na widok lokaja, który miał minę taką, jakby zerwał się z szubienicy. Teraz nie byłaby stąd odeszła za żadne skarby, bo tu obok niej siedzi słodka, wpatrzona w nią pani Borowska, siedzi Irenka, dziecko najukochańsze, jest Jaś, smyk wesoły i ładny, i ta ciotka Amelia, dobra, cicha, uśmiechnięta jak kwiat jesieni. A ten doktor rozrzewnia ją, serdecznie ją rozrzewnia. Ma wrażenie, że przez czarne, złe morze dopłynęła do jakiejś malutkiej wyspy szczęśliwości, gdzie jest pogoda wieczysta, a ludzie tacy jak dzieci. Śmieją się, cieszą i radują, a przecież los bił w nich niemiłosiernie, a tej dobrej pani Borowskiej już czasem brakło łez. Pani Opolska teraz czuła, że — jak ten mądry lekarz — pragnie podzielić się ostatnią koszulą. Jakimś wielkim szczęściem wywdzięczyć się im za to szczęście, że na dnie serca odnalazła uśmiech, spokojny, łagodny i taki cudownie dobrotliwy jak uśmiech jesiennego dnia. Nie mogła zataić swoich myśli i nagle, kiedy cisza powiała nad stołem, powiedziała donośnie:

— O, jacy wy jesteście dobrzy, jacy dobrzy!