— Posagu nie mam, a serca nie oddam nikomu — rzekła ona cicho.
— A czemuż to, szlachetna ciociu Amelio?
— Bo moje serce jest pęknięte! — powiedziała ona z trudem i łatwo uciekła.
— Niech i ciebie, biedactwo, Bóg pocieszy — mruczał doktor serdecznie.
Ale i jemu zdawało się, że ma pęknięte serce, kiedy zaczęli go żegnać. Nawet pani Opolska uściskała go serdecznie i tkliwie. Wszystko zniósł mężnie.
Aż wreszcie podeszła ku niemu ona — Irenka.
Doktor chciał przemówić wesoło, ale coś go chwyciło za gardło. W piersiach zrobiło mu się zimno jak w piwnicy. Patrzyli sobie w oczy takim spojrzeniem, w którym prócz niezmiernej miłości nie było nic innego. Irenka też nic nie mówiła, ale on słyszał najwyraźniej słowa drżące i rozpłakane.
— Niech ci Bóg zapłaci za wszystko, ty najlepszy na świecie... Otarłeś nasze łzy ręką miękką i miłosierną... Oddałeś nam serce, jasne, złote serce... Pocieszałeś nas, kiedy byliśmy smutni... Kocham cię jak ojca, ty dobry, ty złoty, ty samotny człowieku... Będę modliła się za ciebie, a póki mego życia, będę pamiętać o tobie... A gdybyś kiedy potrzebował pociechy, pomyśl tylko o mnie, o swojej ukochanej Irence, a ja przybiegnę... Żegnaj, żegnaj, wujaszku...
A nagle powiedziała szeptem:
— Wujaszku! Wujaszku! Co to! Taki stary i płacze...