Pan Borowski objaśnił uprzejmie:
— Dziwolągiem jest cielę z dwiema głowami albo kura mająca trzy nogi. Lepiej wprawdzie jest mieć dwie głowy niż żadnej, ale najlepiej mieć jedną, byle uczciwą. Irenka ma jedną głowę w doskonałym porządku, a serce cudowne. A wy co?
— Och! Och! — wykrzyknęły ciotki po raz pierwszy w życiu zgodnie.
— Irenka — mówił nielitościwie pan Borowski — nie da sobie napluć w kaszę, sama się obroni i da sobie w życiu radę. Nie nosi wprawdzie gorsetu, opalona jest jak Cygan i je razowy chleb... Ale co to wam szkodzi, że dziecko jest jasne, radosne i silne? Niech sobie taka będzie! Ziemia ją żywi, a ona ją za to kocha jak wesoły ptak. Uwielbiam za to tego smarkacza i rzecz skończona. A co się tyczy pana Podkówki... To, czy on smutny czy wesoły, to jego sprawa. Daj mu, Panie Boże, zdrowie. I tyle. A teraz, drogie ciotki, w tył zwrot i do widzenia! No! No! Tylko spokojnie! Jeśli któraś zemdleje, to ją każę oblać wodą.
Żadna z nich nie zemdlała; wypłynęły z pokoju pana Borowskiego jak dwie gradowe chmury. Za drzwiami ciotka Amelia westchnęła, jak gdyby jej wsadzono w serce nie nóż, lecz korkociąg, a ciotka Barbara splunęła na wspaniałą odległość.
— Wszyscy powariowali w tym domu! — krzyknęła Barbara do ucha babki. — Pan Borowski też...
— Borowski? — uradowała się babka. — Czekaj no! Ależ tak! Znałam go, doskonale go znałam.
— A niechże babka przestanie wreszcie — jęknęła ciotka Amelia.
— Dobrze, zaraz ci opowiem dokładnie, ilu ja znałam Borowskich. Przede wszystkim...
Nagle uczyniło się pusto w pokoju, co niezłomną babkę zdumiało, ale nie bardzo. Długiego wywodu dokończyła sama dla siebie, mocno uradowana, że jeszcze się okazało, jako jednym Borowskim z tych, których znała, jest jakiś Borowski, który gdzieś blisko mieszka i którego dość często widuje.