W dwa dni później potępiona para (mistrz Podkówka i jego uczennica), ukończywszy lekcje, siedziała nad stawem, co wydymał swój połyskliwy brzuch i grzał się w słońcu. Paskudny pies Drab leżał obok i, łącząc przyjemne z pożytecznym, lewym okiem patrzył na śmiejącą się wodę, a prawym łypał w stronę zażywnej muchy. Irenka zanurzyła długie nogi w wodzie, mając trochę nadziei, że jakiś głupszy cokolwiek rak do jednej z nich się przyczepi. A pan Podkówka, mile rozmarzony, ścigał oczami obłoki, których dotąd nigdy nie widział, bo bardzo niedawno odkrył niebo.

— Boże! Jakie to piękne — mówił cicho. — Panu Bogu powinno się przede wszystkim dziękować za to, że nam dał oczy. Ja nigdy dotąd z tak bliska nie oglądałem nieba.

— Czemu, proszę pana, przecież niebo jest wszędzie?

Pan Podkówka zaśmiał się cicho.

— Wszędzie? Niestety, nie zawsze. Ja w moim życiu nie widziałem go zbyt często. Mieszkaliśmy w takim podziemiu, skąd nie było widać nawet błękitnego skrawka, bo mój ojciec, Irenko, był szewcem. I to nie takim szewcem, co szyje nowe buty: łatał tylko stare, takie beznadziejne, na nic schodzone. To też był cud, że mogliśmy mieszkać chociaż w tym podziemiu. Strasznie tam było mokro. Ze ścian lało się i z oczów ludzkich też się lało...

— Nie rozumiem.

— To jasne. Moja matka płakała nad nami, a nas było siedmioro. I my często płakaliśmy dlatego tylko, że ona nad nami płacze. Ciężko było...

— I długo tak?

— Potem było przestronniej, bo ojciec biedaczyna umarł i troje dzieci umarło. Chcieli nas usunąć z tej piwnicy, bo nie było czym płacić, ale matczysko zaczęło tak harować, żeśmy się jakoś utrzymali. Irenka nie ma pojęcia, jak matka potrafi pracować, aby dzieci nie pomarły z głodu. Myślałem sobie, że Pan Bóg, kiedy na to patrzy, to musi mieć łzy w oczach... O czwartej rano w zimie ona już stała przy balii. Ja to widziałem, bo też w tym czasie zaczynałem się uczyć. Na ścianach był szron, a zimno było takie, że kiedy chciałem odwrócić kartkę książki, nie mogłem tego uczynić, takie miałem zgrabiałe palce. I jakoś się wyżyło.

— Mój Boże! — szepnęła Irenka cichutko.