— Dlatego nie widziałem często nieba — mówił spokojnym głosem pan Podkówka. — Kiedy wychodziłem z tej stęchłej nory, nie miałem czasu na przyglądanie się obłokom. Biegłem, czym prędzej biegłem, aby zdążyć na drugi koniec miasta na korepetycje. Stamtąd z powrotem, tu, tam, do szkoły, znowu na lekcje. A kiedy wracałem do domu, była już noc. Wtedy oni, biedacy, jedli to, co ja przyniosłem.
— A pan?
— A ja leciałem z nóg i spałem, spałem. Ale teraz to nam wszystkim lepiej — dodał wesoło i pokazał zęby w uśmiechu. — Teraz to sobie moja matka żyje jak hrabina, bo siostry szyją, a ja posyłam flotę49. Za rok, za dwa kimś już będę i zacznie się życie. Moja starowina, kiedy o tym mówi, to płacze. To takie dziwne! Biedota płacze, kiedy się martwi, a kiedy się cieszy, płacze tym rzewniej. Dokąd pamięć moja sięga, widzę tylko łzy i łzy. Teraz niech sobie popłakuje, bo jej to sprawia przyjemność, byle nie płakała ze zgryzoty...
— Proszę pana!
— Co takiego, panno Irenko?
— Kiedy pan będzie pisał do matki, niech ją pan serdecznie ode mnie pozdrowi... Niech ją pan ucałuje...
— Masz tobie — zaśmiał się Podkówka — będzie z rozczulenia popłakiwała ze trzy dni.
Irenka, której oczy stały się wilgotne, roześmiała się w głos, bo Podkówka śmiał się szczęśliwie. Tak bardzo ucieszył się, że usiadłszy nagle na brzegu, wetknął obute nogi w wodę i wtedy dopiero ryknął z radości i zawył tak przedziwnie, że ptaki zerwały się z wody.
— Irenka — wykrzykiwał — jest to panna z mokrą głową, a ja jestem wariat z mokrymi nogami!
W tej chwili Drab zawarczał ostrzegawczo.