Nie umiał tego wszystkiego powiedzieć przy pożegnaniu, bo go ściskało coś za grdykę. Coś tam zaczął bąkać, a ona też. Wreszcie rzucili się sobie w objęcia. Pan Podkówka płakał, jak gdyby miał cztery lata, a Irenka przypomniała sobie najlepsze czasy. Dawno już, dawno nie wylała tylu łez, ile ich wylała w tej chwili, w intencji swego dobrego towarzysza, wesołego pana Podkówki.

— Psiakość! — krzyknęła nagle. — Byłabym zapomniała.

Pobiegła do sanek i odwiązała przytroczony z tyłu tobół.

— Niech pan to zabierze do wagonu — rzekła szybko.

— A co to jest?

— To nie dla pana, to dla pańskiej matki.

Potem stała długo jeszcze, chociaż dal zaśnieżona połknęła pociąg jak gąsienicę.

Nazajutrz zwołała na naradę obie ciotki: wyglądało to tak, jak gdyby młody jastrząb wezwał na konferencję dwie zastrachane kuropatwy. Ciotki, nie wiedząc nic o sprawach tego świata, były przerażone, dowiedziawszy się, że pan Podkówka był ofiarą oszczędnościowych konieczności i że nawet taka nieznaczna pozycja, jak jego płaca, musiała zaważyć na okrojonym budżecie. Wszechwiedząca Irenka tłumaczyła im jasno, w sposób najbardziej przystępny, że im krowa jest chudsza i im mniej dostaje pożywienia, tym mniej daje mleka. Ten ostatek ziemi, przy którym utrzymać się zdołał pan Borowski, był krową bardzo chudą. Coraz więcej było skóry i kości, a coraz mniej krowy. Irenka wie o tym dobrze. Wszyscy myślą, że ona dlatego napełnia dom cały graniem i śpiewaniem, że ma pstro w głowie. A to nieprawda. Ona pragnie, aby matka zapomniała o tym wszystkim, co trapi ojca, a ojciec — żeby chociaż raz jeden uśmiechnął się w ciągu dwudziestu czterech godzin. Kiedy bowiem jest sam, nigdy się nie uśmiecha. Czasem głowę rękami obejmie, oprze łokcie o stół i godzinami tak siedzi, nieruchomy. Ciotki o tym nie wiedzą, nikt o tym nie wie, ale ona wie. Płacić trzeba wciąż i wciąż, a nie ma z czego. Czy ciotki widziały, że we włosach pana Borowskiego pokazały się siwe pasma, jak gdyby był we młynie i obsypała go mąka? Niech się przyjrzą. On ciągle jest w młynie, w którym troska miele zgryzotę. A nocą czasem chodzi długo po pokoju, co można słyszeć doskonale. Jak gdyby pielgrzymkę odprawiał. Po takiej nocy nieodmiennie przyjeżdża ten chudy, smętny pan z czarną teką i długo rozmawia z panem Borowskim. Irenka wie doskonale, kiedy ten pan ma się zjawić.

— Czy ciocie sądzą — mówiła zamyślona — że tatuś byłby odprawił pana Podkówkę, gdyby nie musiał?

— Boże, Boże, co to będzie? — westchnęła ciotka Amelia. — Poradź, Irenko! Ty wszystko wiesz.