— Tego nikt się nie dowie!

Pan Borowski wiedział jednak, że to Irenka. Bynajmniej go to nie zdziwiło, niepomiernie za to zdziwiły się ciotki.

— Skąd on to mógł tak od razu wiedzieć, że rozmawiałyśmy z Irenką? — mówiła Amelia do Barbary.

— Rozumny człowiek! — rzekła Barbara z uznaniem.

Były zadowolone z siebie i szczęśliwe; zwiędłe serca, zbudzone przypływem gorącej fali krwi, śpiewały w nich jak ptaki o świcie. Patrzyły z radosną dumą na boży świat, a Amelia, dusza tkliwa i napełniona poezją, czuła najwyraźniej, że u jej ramion wyrastają skrzydła.

Pan Borowski przyjrzał się raz jeszcze rozrzewnionym wzrokiem biednym ich bogactwom, westchnął ciężko i położył je na biurku. W tej chwili usłyszał za oknami wojenną wrzawę Irenki, która pochylona nad kopczykiem, uczynionym ze zgarniętego śniegu, wydawała krótkie, urywane wrzaski, a jej obłąkany pies rozrzucał śnieg mocnymi łapami. Pan Borowski zastukał palcami w szybę i dał znak, aby natychmiast przyszła do niego. Irenka kiwnęła głową, że rozumie; potem, spojrzawszy na kopczyk śniegu, zaczęła drapać się w głowę. Przez krótką chwilę patrzyła niepewnym wzrokiem w stronę domu, wreszcie krzyknąwszy psu jakieś tajemne rozkazy, pobiegła do pokoju ojca.

Wpadła zadyszana, oszroniona, obsypana śniegiem i mówiła szybko:

— Jestem, tatusiu! Niech tatuś mówi prędko, bo życie ludzkie jest w niebezpieczeństwie!

— Nie ludzkie życie, tylko twoja skóra jest w niebezpieczeństwie — rzekł ojciec; wymówił groźne te wyrazy, ale dość miękko. — Coś ty nagadała ciotkom?

— Ja? Ciotkom? Może mi cośkolwiek się wymknęło, a ciotki robią zaraz ze wszystkiego historie. Ja już sobie z nimi pogadam!