Pan Borowski już tego nie słyszał, bo wybiegł w największym pośpiechu i po chwili odgrzebywał swego syna spod sterty śniegu. Można było osądzić na oko, że w sam czas, bo lekkomyślny podróżny ledwie zipał. Ojciec ujął go w ramiona i czym prędzej zaniósł do pokoju, gdzie zapobiegliwe starania przywróciły mu życie i zdolność myślenia, która była bliska zamarznięcia. Jaś spojrzał przerażonym wzrokiem i teraz dopiero zrozumiawszy swoją krzywdę, już otwarł usta jak wrota wielkiego i tłustego miasta, aby ją ojcu i całemu ośnieżonemu światu ogłosić przeraźliwym krzykiem. W tej chwili jednak spotkał się z roziskrzonym wzrokiem Irenki i ostatnim wysiłkiem wtłoczył krzyk z powrotem do brzucha.

— Kto cię zakopał w śniegu? — pytał ojciec groźnie.

Odpowiedź na pytanie była łatwa, bo zbyt oczywista, wobec czego Jaś zwrócił głowę w stronę Irenki, lecz od razu wyczytał w jej oczach, że jeśli nie okaże się raz w życiu bohaterem, zginie w mękach, będzie łamany kołem, oblany naftą i podpalony od strony głowy.

— Ja sam! — odrzekł niepewnie.

Pan Borowski uśmiechnął się niewidocznie.

— Jeżeli zakopałeś się sam, nie ma o czym gadać. Ale jeśli jeszcze raz sam się zakopiesz, sam się też będziesz ratował. Rozumiesz?

— Irenka mnie zawsze wyratuje! — odrzekł pędrak z głębokim przekonaniem. — I Drab też.

— Drab? Dobrze, żeś mi przypomniał tego powsinogę. Irenko, gdzie jest pies?

Irenka rozłożyła bezradnie ręce i wierzgnęła równocześnie lewą nogą, aby na wypadek, gdyby Drab wlazł za całym towarzystwem do pokoju, wtłoczyć go pod kanapę. Okazało się jednak, że mądry pies zwiał przezornie na samym początku awantury, słusznie rozumując, że jeżeli pan Borowski wmieszał się do zabawy, w takim razie cała sprawa nie była zupełnie czysta. Ukazał się na widowni dopiero nazajutrz, zapytując Irenkę wzrokiem, czy atmosfera jest już bezpieczna.

— Już można — mrugnęła na niego Irenka — ale za bardzo nie leź w oczy.