Spoza futra wyjrzała zdumiona i przerażona głowa, mocno kudłata i bardzo nieprzyjemna. Spojrzały na nią rozbiegane, sprytne oczy, badające przenikliwie sytuację. Błysnęły żywiej, ujrzawszy wysoką wprawdzie, lecz bardzo młodą dziewczynę; wnet jednak pociemniały, zrozumiawszy, że dziewczyna jest tylko skromnym dodatkiem do strzelby, która wpiła w nie czarne oczodoły dwóch luf.
— Ręce do góry! — krzyknął groźny duch Irenki, ona sama bowiem nie mogła zakrzyknąć tak potężnie.
Spod futra wysunęła się powoli wielka ludzka bryła, z której można było wykroić ze dwóch ludzi mizerniejszej postawy. Podniosły się w górę dwie ręce, z których można było sporządzić konary dla młodego dębu. Zjawisko było groźne, cień bowiem tego człowieka rozpostarł się w ogromnym powiększeniu na ścianach i powale. Irence zrobiło się cokolwiek słabo w okolicach żołądka, na co jednak jej serce nie zwróciło uwagi. Przez krótką chwilę chciała uciec, ale nie mogła udźwignąć nóg, które nagle stały się ciężkie i wyraźnie wrastały w podłogę.
„Boże drogi, co to będzie?”, pomyślała ciężko.
Nocny dryblas musiał zauważyć, że duch w niej zachwiał się, bowiem uczynił nagły ruch. Irenka cofnęła się w tej chwili o krok i podniosła strzelbę, mierząc wprost w szerokie jego piersi.
— Po coś tu przyszedł? — krzyknęła nagle zdławionym głosem.
— Zabłądziłem... — mruknął olbrzym. — Zimno było... Wszedłem przypadkiem...
— Przez okno?
— Zgrzeszyłem! Moja wina... Niech mnie panienka puści.
— Ani myślę!