— Przecież mnie panienka nie zastrzeli?
— Zastrzelę albo nie zastrzelę. Zaraz zbudzę cały dom!
— To i co? Pana Borowskiego w domu nie ma, tylko same baby.
— Jest, jest! Mój ojciec jest. A wyście myśleli, że go nie ma?
Gość spojrzał ciemno i stał się czujny.
— Ukradliście coś? — zapytała Irenka.
— Nie! Nie przyszedłem kraść... Wlazłem, to i wylezę. Niech panienka strzelbą nie grozi. Pójdę sobie, i tyle...
— O Jezu! — krzyknęła nagle dziewczyna.
Wielki chłop, patrząc pilnie w jej oczy, spuścił nagle obie ręce jak cepy, zagarnął w nie strzelbę, usunął lufę od swojej piersi, wyrwał jej dubeltówkę z rąk i błyskawicznie w nią wymierzył.
— Teraz ty, gołąbko, odrobinę sobie postoisz. Rączki do góry! Dzielna pannica, nie ma co, ale jak krzykniesz, to dwa naboje wpakuję w ciebie. Nie będziesz krzyczeć? To dobrze! Mądra dziewczyna. Mówiłem ci już: ręce do góry!