Wtedy padł grom z jasnego nieba na kudłatą głowę opryszka. Irenka zaczęła się śmiać. Gdyby ten człowiek miał wyrobione, muzykalne ucho, byłby zauważył, że śmiech ten dziwnie przypomina suchy trzask kastanietów59 albo metaliczne dzwonienie zębów o zęby.
— Głupi jesteś! — powiedziała nieswoim głosem. — Strzelba nie jest nabita. A ja tu mam na ścianie drugą.
— Ach, ty czorcie! — zawyło wielkie chłopisko.
Odwrócił strzelbę, ujął rękoma za lufę, a kolbą zamierzył się na Irenkę, której pociemniało w oczach. W tej chwili załomotało straszliwie, bo strzelba wypaliła z obu luf. Irenka zachwiała się i krzyknęła przeraźliwie, a chłopem rzuciło o ścianę. Był tak zdumiony, że oczy postawił w słup. Jakby nie rozumiejąc, co się stało, chwiał w obie strony głową pełną huku i łoskotu, wreszcie, całkowicie ogłuszony, obejrzał się za siebie, jakby własnego tam szukając trupa.
— Tatusiu! — krzyknęła Irenka.
Pan Borowski stał w drzwiach z rewolwerem w ręku, nie mniej zdumiony niż kudłaty opryszek. Za nim w ciemnościach wstawały krzyki, narzekania i płacze, za oknami słychać było ujadanie psów i ostre gwizdy nocnego stróża, którego obudził huk z czujnej drzemki.
Gdzieś w oddali słychać było krzyk babki:
— Kto umarł? Powiedzcież mi wreszcie, kto umarł?
Kiedy nocnego gościa wyprowadzono w mocnym towarzystwie, Irenka rzuciła się z płaczem w ramiona ojca. Dziewczęce serce przeraziło się własnej odwagi.
— Tatusiu... — płakała cicho — ja już nigdy nie będę... To było straszne...