— Myślę sobie! — mruknął pan Borowski. — Strzelba ma dwie lufy.
VI
Irenka była nieco zdziwiona, że ojciec nie tylko nie sławił jej bohaterstwa, ale raczej przeraził się nim i dość chmurno o nim wspominał. Nią także silne wzruszenie wstrząsnęło zbyt gwałtownie. Noc miała niespokojną, a ile razy szafa trzasnęła, grzejąc się przy piecu, Irence zdawało się, że strzelają do niej ze stu strzelb, więc się zrywała w nagłym strachu. Nie mogła myśleć o tych ciężko obutych nogach przy ścianie i o kudłatej głowie, ukazującej się powoli. Była zadowolona, że kudłata głowa, wzięta pod straż na folwarku, okazała zdumiewający spryt i wysadziwszy drzwi, nieprzygotowane do roli drzwi więziennych, uciekła przed świtem, zabrawszy na tułaczkę niewinnego prosiaka. Zawsze we dwóch ucieka się raźniej.
Czujny i wierny pies Drab zjawił się w samą porę, w południe następnego dnia, zmęczony jakąś zbrodniczą wyprawą. Można było przysiąc, że gdzieś w zaśnieżonym lesie jakiś stary zając płakał nad stratą żony, która zapadła się pod ziemię. Irenka spojrzała na swego psa z pogardą.
— Twoją panią chcieli zamordować — mówiła cierpkim głosem — a pana psa ani śladu. Jesteś podły pies. Nie rób takich głupich min, bo mnie nie oszukasz, zły, wstrętny zwierzaku.
Pies Drab tłumaczył się gęsto merdaniem ogona, pokazywaniem białych kłów i cichym skomleniem, że miał do załatwienia sprawy bardzo ważne i niecierpiące zwłoki. Tym razem nie udało się i pies popadł w niełaskę. Zrozumiawszy, że sprawa jest poważna i że żadne cygaństwo nie pomoże, podkulił ogon pod siebie i cicho łkając, przepadł gdzieś wśród zabudowań. Miał taką minę, jak gdyby chciał powiesić się na pierwszej suchej gałęzi. Szkoda, że pozory tak często mylą.
Tymczasem owa chmura, co tak niedawno narodziła się na błękitnym widnokręgu, zbliżała się, kierując swój lot nad biały dom, który silniej oparł się na swoich sześciu kolumnach, jak gdyby przeczuwając wstrząs i jakąś groźbę. Źle dziać się zaczęło w tym domu. Troska była w nim już od dawna, a teraz, jakby zimowym wichrem przyniesiona, powiała po nim zgryzota. Matka Irenki, zawsze niedomagająca, z sercem chorym, nad którym ustawiczna wisiała groźba, rzadko kiedy wychodziła ze swego pokoju. Nie miała dość sił, aby wyjść z domu i pospacerować po ogrodzie. Babka była przy niej okazem zdrowia i tężyzny. Wciąż smutno zamyślona i gdzieś przed siebie bez celu patrząca, obejmowała nieraz ramionami dwoje swoich dzieci i kurczowo tuliła je do siebie, jak gdyby usiłowała swoim wątłym, wymizerowanym ciałem zasłonić je przed czymś nieznanym, co czyha na nie, przyczaiwszy się w mrocznym kącie. Wtedy Irenka pilnie patrzyła w jej oczy, a matka odwracała nieznacznie twarz, aby jej dziecko nie widziało tego, co rodzic zawsze przed dzieckiem ukrywa: aby nie dostrzegło wielkich, ciepłych łez. Przed Irenką niczego ukryć nie było można. Irenka wiedziała. Wiedziała, że ta jej cichutka, schorowana matka zbiera wszystkie troski i zgryzoty całego domu i aby innym ulżyć, ukrywa je w swoim słabym sercu; że sama płacze, aby inni czasem uśmiechnąć się mogli. Tak bowiem od początku świata czyni każde serce matczyne.
Chociaż rzadko wychodziła ze swego pokoju, wiedziała o każdym drgnieniu domu i słyszała każdy w nim szmer. Często głuchą nocą podnosiła się z trudem z łóżka, cichutko podchodziła do posłania Irenki albo Jasia i pochylała się nad nim. Irenka, udając, że śpi, widziała nieraz jej białą postać patrzącą przez mrok, czy jej dzieci śpią spokojnie. Matka najczujniej jednak nasłuchiwała powolnych, ciężkich, jakby ołowianych kroków swego męża, który szukał rady w mądrej ciszy nocy. Wreszcie jednego dnia zawołała do siebie Irenkę.
— Moje dziecko — rzekła cicho, pokazując jej list. — Nie trzeba, aby ojczulek wiedział o tym, bo nigdy nie zgodzi się, abym ten list wysłała.
Irenka spojrzała bystro.