— To do pani Opolskiej?
— Tak, do niej. Opolska jest moją najbliższą krewną. Długo, długo namyślałam się, zanim napisałam ten list. Ojciec męczy się i trapi. Może pani Opolska, która jest bardzo bogata, zgodzi się na niewielką pożyczkę, aby ojciec mógł odetchnąć... Widzisz, córeczko, ja ci dlatego o tym mówię, że ty wszystko rozumiesz i będziesz umiała dochować tajemnicy.
— Dochowam! — rzekła Irenka.
— Próbuję, a nuż się uda. Ojczulek może nam przebaczy, kiedy sprawa będzie załatwiona; zresztą będziemy starały się zachować tajemnicę jak najdłużej. Teraz o to idzie, abyś ten list sama zawiozła na pocztę i aby nikt o nim nie wiedział. Nie wiem, gdzie moja ciotka znajduje się w tej chwili, ale ma pałacyk w Warszawie; tam adresuję, a list ją gdzieś odnajdzie. Zrobisz to, Irenko?
— Mamusiu! — szepnęła gorąco Irenka. — Ja go piechotą zaniosę do Warszawy.
— Nie potrzeba, nie potrzeba, moje dziecko. Zawieź go tylko na pocztę.
Irenka, przejęta tajemnicą, schowała list na piersi i odeszła z poważną miną.
Na pocztę do pobliskiego miasteczka jeżdżono w zimie raz jeden w tygodniu, bo droga była ciężka, a listów znikąd nie spodziewano się. Do tego „pocztowego” dnia było jeszcze daleko, a list ukryty chytrze w książeczce pt. Bezgrzeszne lata60, która była źródłem niejednego szaleństwa Irenki, aż drżał z niecierpliwości — tak mu pilno było w drogę po pomoc. Irenka nie chciała go powierzyć nikomu, a najmniej jeżdżącemu po listy wyrostkowi, który nie zdradzał niczym, że może zostać filozofem, i wygadałby się od razu. Trzeba było zaryzykować. Toteż kiedy cały dom jeszcze spał, Irenka odziała się po cichutku i wślizgnęła się do stajni jak Cygan kradnący konie. Osiodłała swoją własną, ładną szkapinę, spokojne stworzenie na wysłudze61, i wyprowadziła ją aż na drogę. Tam dopiero dosiadła konia i wjechała w gęsty, ośnieżony mrok jak w zamarzającą wodę. Obliczyła, że dojedzie na pocztę na godzinę ósmą, a o dziewiątej będzie z powrotem. Może zdarzyć się, że ojciec do tego czasu ani nie zajrzy do jej pokoju, ani nie będzie o nic pytał.
Do miasteczka jechała powoli, była bowiem dopiero godzina szósta i trzeba było brnąć przez zaspy, zbałwanione i wysokie. Mądra szkapina szła powoli, zajęta rozmyślaniem, co strzeliło do głowy młodej osobie, aby po ciemku brnąć przez śnieg. Młoda osoba patrzyła bystro przed siebie, aby nie zjechać z drogi na błędne pola, mrok jednak rzedniał powoli, jak gdyby ktoś nalał do czarnej kawy odrobinę mleka. Gdzieś daleko dzień brnął przez głębokie śniegi, zapadając się po pas. Najpierw dostrzegły go wrony i zaczęły krakać zjadliwie — ciotki diabła, co nie lubią słońca. Po godzinie zrobiło się szaro, jakby ktoś nad całym światem zgrzebne porozwieszał płótna. Irenka zagadała do konia i równo o godzinie ósmej stanęła przed urzędem pocztowym, który z trudem odemknął dopiero jedno okno, a na gwałtowne dobijanie się Irenki otworzył wreszcie drzwi, mocno zdumiony, że w małym miasteczku znalazł się po wielu, wielu latach ktoś, komu się śpieszy. Z powagą przyjął list, słuchając napomnień Irenki, żeby nie było żadnego cygaństwa i aby list natychmiast posłano do Warszawy — co solennie przyrzeczono.
Teraz trzeba było pędzić na złamanie karku. Irenka ogarnęła wzrokiem dobrze jej znaną okolicę, jakby szukając sposobu, czy nie da się przelecieć przez powietrze; pewniejsza jednak była jazda drogą zamuloną śniegiem, lecz wytyczoną przez drzewa. Zaczęła popędzać konia tatarskimi okrzykami i od czasu do czasu przemawiała mu do rozumu, a koń, stary wyjadacz, zrozumiał, że widać trzeba gonić szybko, jego pani bowiem słynna jest z roztropności i wie, co czyni. Gnał też, jakby mu ubyło lat co najmniej dwadzieścia, i rwał z kopyta. Mróz gonił za nim i zachłannie chłonął w siebie buchającą z niego ciepłą parę, niepomiernie zdziwiony, że jest coś ciepłego na tym świecie. Wkrótce ukazał się w oddali dach białego domu, wreszcie cały wynurzył się z mętności poranka. Wiatr wiał z tamtej strony i Irenka usłyszała wyraźnie krzyk od strony stajni. Skręciła zatem czym prędzej między opłotki, aby dotrzeć najkrótszą drogą i wjechać chyłkiem od strony folwarku. Krzyknęła na konia, mocno dyszącego, i zaczęła gnać na przełaj. Nagle wyszczerzył przed nią zęby płot. Irenka zdarła konia do skoku, jednak, nagle osłupiały, pozostał z tej strony, a Irenka, uczyniwszy w powietrzu dwa misterne koziołki, przeskoczyła płot sama jak sierota. Dała nurka w śnieżną zaspę, głową w dół, a śnieg rozprysnął się jak fontanna z mąki. Kiedy przetarła oczy, ujrzała, że koń, statecznie mądry, powrócił na prawidłową drogę, a ją własnemu pozostawił losowi. Nikt tego nie mógł widzieć z folwarku, więc porwała się czym prędzej i chyłkiem, jak lis, zaczęła biec ku domowi. Zdyszana i zziajana wpadła do mrocznej sieni, przemknęła jak duch cokolwiek ośnieżony do swego pokoju, wsunęła się do łóżka, nakryła kołdrą i zaczęła ściągać z siebie odzienie. Serce waliło w niej jak młot, który za wszelką cenę chce wbić gwóźdź w ścianę, tak że kiedy ktoś zastukał do jej drzwi, nie wiedziała od razu, czy to naprawdę ktoś stuka, czy to jej serce takie wyprawia harce. Usłyszała jednak głos ojca: