— Irenko! Twego konia ukradli!
— Masz babo placek! — jęknęła złamanym głosem.
— Wyjdź czym prędzej!
— Za chwilę wyjdę! — krzyknęła w stronę drzwi.
Skoro ukradli jej konia, trzeba go szukać. Starała się jednak zacząć te poszukiwania jak najpóźniej; wiele też minęło czasu, zanim znalazła się na folwarku wśród gromadki ludzi biadających nad niebywałą zbrodnią. Ogólna opinia zwalała winę na tego kosmatego opryszka, który zaczął karierę od ukradzenia prosiaka, po ucieczce z więzienia. Irenka wzniosła oczy do nieba, błagając je, aby jak najdłużej ukrywało konia wśród śniegów. Niebo jednak, choć zachmurzone, nie miało zamiaru brania udziału w cygaństwie. Właśnie pan Borowski zarządził pogoń i porozsyłał ludzi we wszystkie strony, kiedy opłakany już koń, żadnego nie zdradzając wzruszenia, zjawił się w bramie jak koński duch i zdążał spokojnie ku stajni.
— O, o! Koń! — krzyknęła Irenka.
Oglądano go ze zdumieniem. Koń był mokry i osiodłany. Ponieważ wiejskim ludziom wiadomo, że najmędrszy nawet bachmat62 nie umie osiodłać się sam ani wyjść sobie na poranny spacer z zamkniętej stajni, jasne było, że ktoś to uczynił za niego. Ale kto? Wiejscy ludzie zaczęli drapać się po głowach, chcąc z nich wygrzebać odpowiedź na to pytanie; znaleźli jednak tylko trochę pierza i źdźbła słomy. Stary woźnica, nawykły do gadania z końmi, zwrócił się wprost do zmęczonej kobyły:
— Gdzieś była, wywłoko?
Kobyła odmówiła odpowiedzi.
Pan Borowski spojrzał podejrzliwie na Irenkę, która widząc, że trudno będzie udowodnić jej to końskie matactwo, z odwagą, wesoło uśmiechnięta, wytrzymała spojrzenie. Ojciec kręcił głową, ale nic nie rzekł, kmiotkowie63 zaś orzekli, że diabeł chyba jeździł na kobyle po nocy. Cała sprawa rozwiała się w zimowej mgle. Irenka zdołała jedynie przy obiedzie szepnąć do ucha matce: