— Mamusiu, zrobione!

Nic jednak nie było zrobione. Po trzech tygodniach przywędrował niechętnie list z ciepłych krajów i zapewne skostniał po drodze, bo każde w nim słowo było kawałkiem lodu. Był niebieski, a słowa w nim — czarne. Pani Opolska tłumaczyła się, że prośba pani Borowskiej długo krążyła po świecie, zanim ją odnalazła w Cannes64; odpisuje czym prędzej i prosi, aby nikt nigdy na nią nie liczył, bo ona sama znajduje się w trudnych warunkach.

Przykro jej, że jej wróżby spełniły się, jednak wcale się nie dziwi, że pan Borowski ma nóż na gardle. Ona jednak na to poradzić nie może.

„Pracujcie i oszczędzajcie, oto wszystko, co wam mogę powiedzieć!”, kończyła swój list, suchy jak uschłe drzewo, nielitościwy jak dusza skąpca, oschły i sztywny, bez jednego, choćby zdawkowego, serdecznego słowa. List ten nie odmarzł nawet, kiedy padły nań gorące i palące łzy pani Borowskiej, ani pewnie wówczas, kiedy go rzuciła w ogień. Nikt nie wiedział o tej odpowiedzi, nawet Irenka, która jednak coś przeczuwała, widząc, że matka jednego dnia bledsza była niż zwykle i zaczerwienione miała oczy. Chciała w nie zajrzeć ukradkiem, ale ile razy pani Borowska poczuła na sobie jej świdrujące spojrzenie, opuszczała powieki jak zasłony.

„Gdybym ja tak mogła pogadać z panią Opolską!”, myślała Irenka. „Byłoby jej ciepło!”.

Westchnienie było groźne, lecz niezbyt pożyteczne.

Czując, że z matką dzieją się niedobre rzeczy, dziewczyna, zawsze serdeczna, stała się dla niej samą słodyczą. Najdziwaczniejszych używała podstępów, aby jej nigdy nie zostawić samej. Wymyślała sto sposobności, aby przybiec do niej choć na chwilę, i dokazywała sztuk niepospolitych, by uśmiech, chociażby najbledszy, chociażby jasny cień uśmiechu wywołać na jej najdroższe usta. Usiadłszy w ciemnym kącie, rozmyślała ze zmarszczką na czole jak poeta, który z własnym rozmawia sercem, co należy uczynić lub co należy powiedzieć, aby jasno na jedną chwilę zrobiło się dokoła. Wtedy to przyszła jej do głowy myśl, że matka jest blada i twarz ma znękaną, ona zaś jest czerstwa, zdrowa i ma na twarzyczce rumieńce — śniade i głębokie. Tak być nie powinno. Zaczęła więc głodzić się i umartwiać na wszelkie sposoby. Ponieważ słyszała kiedyś opowiadanie babki, że w minionych czasach panny, chcąc mieć na obliczu interesującą bladość, pijały ocet, zaczęła go pić jak pijak wódkę. Przyłapana przez ojca na gorącym uczynku, wpadła w rozpacz.

— Czyś ty zmysły straciła, dziewczyno? — krzyknął. — Po co to robisz?

— Żeby źle wyglądać!

— Jezus, Maria! Co tobie jest?