Irenka nie wytrzymała i odpowiedziała nagłą powodzią łez i słów, również rozpłakanych:
— Muszę źle wyglądać! Niech tatuś spojrzy, ile mam zdrowia na tej przeklętej mojej gębie. Czerwona jestem jak pomidor!
— Ależ, dzięki Bogu!
— Tatuś nie zna się na tym. Mamusia jest blada jak opłatek, a ja mam być taka zdrowa? Wstyd mi, ile razy staję przed mamą... Przecież temu, co jest chory, może być przykro, że drugi jest taki rumiany, jakby go w piecu przypiekli.
Pan Borowski westchnął ciężko, zamiast wybuchnąć śmiechem, i mówił poważnie:
— Czy ty mi wierzysz, moje dziecko?
— Strasznie wierzę...
— Więc mi uwierz, że niczym bardziej nie zmartwiłabyś mamy, jak tym, że i ty jesteś chora i blada. Płakałaby częściej, niż płacze... Zakrwawiłabyś jej serce. Matka, moja droga, własną oddałaby krew, abyś tylko jej dziecko było rumiane. A twoja matka, Irenko, oddałaby nawet ostatnią jej kroplę. Rozumiesz, maleńka?
— Rozumiem... Teraz rozumiem...
— Przestań więc robić dziecinadę. Taka stara pannica, a...