— List! — zauważyła bystrze ciocia Amelia.
— Tak, list. A na liście napisano: „Po mojej śmierci oddać to proszę «Pannie z mokrą głową», a każdy wie, że to jest Irena Borowska, bo ją bardzo kochałem: i za mokrą głowę, i za najlepsze serce. W imię Boga zaklinam, aby jej to oddać, bo to wszystko, co mam, a ona niech z tym zrobi, co zechce, i niech czasem westchnie za moją grzeszną duszę”. Dalej podpis i data.
Ksiądz odczytał ze wzruszeniem ten prosty, biedny testament i drżącą ręką oddał list zdumionej Irence. Ona dotknęła go nabożnym gestem, a potem nagle przycisnęła go do piersi.
Wszyscy mieli łzy w oczach; zdawało się, że przez ciepły, smutny pokój przeszedł powoli staruszek ze ślicznym uśmiechem na ustach, rad i szczęśliwy, że na jego wspomnienie drgnęły w nich serca.
— Irenko — mówił ksiądz — bardzo cię kochał ten święty człowiek. Nie otwieraj teraz tego listu, zaczekaj, aż ja sobie pójdę. Pogadasz sobie z listem, jak gdybyś z nim rozmawiała. Dobranoc, moje dziecko.
Ksiądz odszedł, choć go serdecznie zatrzymywano, a Irenka stała nieruchomo, załzawionymi oczami patrząc na biały list, taki dziwny, jakby wysłany z nieba przez zmarłego staruszka. Po chwili zaczęła otwierać kopertę, powoli i niezmiernie ostrożnie, i wyjęła z niej garstkę banknotów.
— Trzysta złotych! — zakrzyknęła ciotka Amelia, która liczyła je wzrokiem. — Ależ to majątek!
Irenka uśmiechnęła się nagle wilgotnymi oczami. Jednym ruchem znalazła się przy ojcu.
— Tatusiu, weź to! — zawołała.
Pan Borowski nie pozbył się jeszcze zdumienia, lecz odsunął łagodnie jej rękę.