— Kiedy ja nie do pana — zaśmiał się ksiądz — ja mam sprawę do Irenki.

— Co ona znowu zmalowała? — szepnęła ciotka Amelia do ciotki Barbary.

Wszyscy spojrzeli mimo woli na dziewczynę, która okazywała niepokój. Licho nie śpi...

Ksiądz też na nią spojrzał, bardzo jakoś poczciwie, i mówił:

— Robiłem dzisiaj porządki w domu i przepatrywałem wszystkie zakamarki. Zacny nieboszczyk ksiądz święty to był człowiek, ale ze swego małego domku uczynił muzeum najdziwaczniejszych rupieci. Samych suszonych grzybów starczyłoby na dziesięć lat dla wszystkich moli z całego świata. Zebrał staruszek macierzanki, rumianku i piołunu tyle, że w stu aptekach takich zapasów nie mają.

— Tak, tak! — szepnęła Irenka, która znała te spiżarnie. — Konfitur też kiedyś było bardzo wiele.

— Konfitur jest mniej — zaśmiał się ksiądz. — Rozmaite panny nie jadają suszonego piołunu. Ale wracając do rzeczy: trudno było znaleźć coś w tym wielkim składzie. Długo tego nie ruszałem, myśląc, że ktoś zgłosi się kiedyś po to mizerne dziedzictwo, ale nikt dotąd się nie pojawił.

— Ksiądz proboszcz nie miał nikogo — objaśnił pan Borowski.

— Istotnie — mówił ksiądz. — Zrobiłem też generalny porządek i patrzcie państwo, co przed godziną znalazłem w zegarze, który nigdy nie chodził.

Wydobył z zanadrza zniszczoną gazetę, a z niej wielką, białą kopertę.