— Ktoś stuka! — powiedziała Irenka.
— Wszelki duch... — rzekła ciotka Barbara.
— Żaden duch, tylko ktoś przyjechał — odrzekł pan Borowski, powstając, i szedł ku sieni.
Pozostali zamarli w pełnej oczekiwania ciszy, aż ich dobiegł głos:
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
— Człowiek! — zawołała uradowana ciotka Amelia.
Po chwili pan Borowski wprowadził do pokoju nowego księdza, który władał drewnianym kościółkiem od czasu śmierci siwego proboszcza. Bywał on czasem w białym domu, lecz nigdy o tej porze, patrzono zatem na niego z radosnym zdziwieniem. Ksiądz miał ostre rysy, lecz uśmiechnięte oczy; wysoki był, kościsty i silny. Nie bał się wichury ani zamieci, przytupywał tylko, aby rozgrzać nogi, i zacierał ręce.
Kiedy Jasia i babkę po powitaniach odesłano na spoczynek, ksiądz powiada:
— Przepraszam za tak późną wizytę, ale ja w ważnej sprawie...
— Służę księdzu proboszczowi — skłonił się pan Borowski.