— Na Boga, ostrożnie! — krzyknęli drwale.
Pan Borowski spojrzał i zrozumiał niebezpieczeństwo, chociaż drzewo miało paść w inną stronę — nie tam, gdzie on znajdował się w tej chwili. Uskoczył jednak, ale wpadł w wykrot. Wtedy stała się rzecz straszliwa. Wicher, skłębiony w śnieżną chmurę, zerwał się nagle z ogromną siłą, objął podcięte drzewo i wykręcił tak, że zwalił je w to miejsce, gdzie z wykrotu usiłował wydobyć się pan Borowski.
Ponad łomotem padającego drzewa podniósł się przeraźliwy krzyk. Drzewo nie powinno tam było paść, a jednak padło. Ostatnie drzewo.
Pan Borowski leżał na ziemi biały jak śnieg. Razem przestało bić jego serce i serce drzewa.
Śmiertelna cisza nagłym wybuchnęła lamentem. Nikt nie mógł przewidzieć tego, co się stało — śmierć przyleciała na wichrze, co zwalił drzewo.
— O, Jezu! O, Jezu! — powtarzał ktoś nieustannie.
Krzyk z lasu pobiegł zaśnieżonym polem, wpadł do wsi, zapukał w okna, wywołał ludzi, potem jak jeden wielki, związany lament zaczął brnąć przez śnieg i rozpłakał się wielkim szlochem u drzwi białego domu. Okropna wieść zastukała w nie kościaną ręką. Dom drgnął, nagle przelękniony, i przez długą chwilę nie mógł wydobyć z siebie głosu. Potem musiał zakołysać się, bo Irenka, stanąwszy na ganku, pod kolumnami, zachwiała się jak ktoś, kto nie może złapać równowagi. Rozszerzonymi oczami patrzyła na usta ludzi i jakby nie mogąc pojąć znaczenia ich słów, przysłuchiwała się krwawym, zmąconym okrzykom, z których gęstymi kroplami krew ściekała na biel śniegu. Świat z nią zawirował obłędnym kręgiem. Chciała przemówić, ale nie mogła, więc z niezmiernym wysiłkiem podniosła palec do ust na znak, aby przestano mówić. Ona już wie, ale tamci w domu jeszcze nie wiedzą. Przecież musi ich przygotować, aby matce nie pękło serce.
Czuła, że ktoś przypadł do jej rąk i całując je, oblewa gorącymi łzami. Ona nie płakała. Nie wolno jej płakać. Musi być mocna za wszystkich i za wszystkich cierpieć w milczeniu. Oni będą płakać, ale ona tego uczynić nie może.
Powoli, jakby senna, z niezmiernym trudem powlokła się do wnętrza domu.
Jeszcze nigdy w ustach dziecka nie było tyle miłości jak wtedy, gdy Irenka wyszeptała słodko: