Bardzo, bardzo rzadko, kiedy pomimo bohaterskich wysiłków nie udało się stłumić jakiejś piekącej troski albo kiedy pogorszyło się zdrowie matki, Irenka czuła, że musi się wypłakać. Tygodniami całymi gromadziła się w niej żałość, aż wreszcie nadchodził taki czarny dzień, kiedy zebrała się nad nią chmura smutku, z której musiał lunąć deszcz. Nikt jednak nie mógł widzieć jej łez. Irenka zaszywała się w jakimś mrocznym kącie, najczęściej na strychu, siadała na belce z powagą, jak gdyby miała spełnić swoisty obrzęd, i otwierała śluzy smętnej wodzie. Pochlipała sobie serdecznie przez jakieś pół godziny, a potem ocierała starannie oczy.

— Ulżyło mi! — mówiła cicho i wracała z mrocznych wyżyn z rozjaśnioną twarzą.

Wystarczyło tej pociechy na miesiąc lub dwa, a czasem, kiedy Bóg był niezwykle łaskawy, na całe pół roku. To jednak było najdziwniejsze i najbardziej ją zdumiewało, że czasem było jej smutno bez najmniejszego powodu, jak gdyby smutek siał się w powietrzu albo jak gdyby wiatr przynosił go z daleka niczym puch kwiatów. Rodził się czasem taki dziwny dzień — zasmucony, cichy i jakby ciężki. Słońce świeciło jasno, a jednak na świecie było mroczno. Ptaki śpiewały ciszej i jakby nieśmiało, dymy snuły się nisko, a koniki polne milkły. Dziewczęce serce czuło jakiś ucisk i pełne było niepojętej, dręczącej rzewności. Nie wiadomo, dlaczego łzy same napływały do oczu. Wtedy Irenka płakała na zapas. Te niewołane łzy były wliczane do ogólnego zbioru łez i kiedy prawdziwe i znane zjawiało się zmartwienie, musiało obejść się bez opłakania.

— Już w tym miesiącu raz jeden beczałam — mówiła Irenka do swoich trosk — to wystarczy. Nie mam czasu na głupstwa!

Gdyby była spojrzała wtedy na niebo, byłoby w niej drgnęło mężne serce. Ta chmura, która od wielu wędrowała lat, chmura nad białym domem, spotężniała w czarnej swojej, groźnej pysze i rzuciła szary, mroczny cień na białe ściany. Dom jak gdyby skurczył się i przeraził, oczekując uderzenia piorunu.

Była późna jesień, wyciem wiatru śpiewająca pogrzebowe pieśni struchlałej ziemi, pokrytej każdego ranka śmiertelną bladością szronu. Radość lata już umarła, a na jej grobie drżały zeschłe badyle. Drzewa na próżno wyciągały ramiona ku ołowianemu niebu, jęcząc ostatkiem liści o zmiłowanie.

— Nie ma litości, nie ma litości! — urągał im wicher.

Dnie były smutne, a noce złe. Płakały one wielkimi głosami nad niezmiernym umartwieniem ziemi, a wiatr wył czasem jak głodny pies. Z chmur padał ciężki lęk i zasnuwał cały świat. Człowiek tylko, sercem i duszą mocny, nie przeraził się i pracował bez przerwy, uparcie i niezmordowanie. Po skisłym, błotnistym polu chłop odbywał za pługiem swoją milczącą wędrówkę — tam i z powrotem, tam i z powrotem. Zmokły chłód włóczył się za nim przez bruzdy jak zziębnięty pies. Wrony, zwoławszy się w wielkie czeredy, krzykiem oznajmiały światu zagładę — jak złe wróżki-jędze, uradowane, że mogą wywróżyć nieszczęście i czarny smutek.

Pan Borowski codziennie chodził na ten skrawek lasu, który mu pozostał. Były to ostatnie jego drzewa, a teraz miał rozstać się z nimi. Sprzedał je z tym uczuciem, że własne sprzedaje dzieci. Oglądano je i mierzono, potem na każdym wypalano syczącą pieczęć rozpalonym żelazem. Oznaczało to, że nieszczęsne drzewo zostało nieodwołalnie skazane na ścięcie toporem. Do wykonania wyroku przystąpiono niebawem, kiedy zwalił się śnieg i ziemię w śmiertelne, białe spowił płótno. Łatwiej wtedy było wywieźć trupy drzew do dalekiej kolei. Rąbano z powolnym rozmachem, pokrzykując, a one waliły się z jękiem. Drwale, idąc drogą śmierci, zbliżali się do niewielkiego wzgórza, na którym rosło kilka drzew, największych i najbardziej potężnych; tworzyły one jak gdyby koronę na czole tej ziemi, która żywiła biały dom. Była to stara gwardia lasu, olbrzymi, którzy wiele zmogli burz, a ten i ów pierś miał srodze rozdartą piorunem. Niegdyś w rzymskim szyku bojowym szły przeciw nieprzyjacielowi najpierw kohorty żołnierzy najmniej wytrwałych, a kiedy ich pokonano, szli do walki żołnierze coraz to groźniejsi i wspanialej uzbrojeni; dopiero gdy bitwa rozgorzała jak pożar i pole spłynęło krwią, rzucały się na wroga ciężkim stąpaniem ostatnie szeregi najstraszliwszych wojowników żelaznych, niewzruszonych, w stu bitwach zaprawionych. Byli to triarii67, żywe posągi. Te ostatnie drzewa przypominały ich niezwalczoną swoją potęgą. Śmierć szła ku nim nieuchronnie z siekierą w dłoni, a one ani drgnęły. Wparły się korzeniami w ziemię i patrzyły ponuro oczodołami, w których mieszkały wiewiórki. Wiatr w ich górnych gałęziach odmawiał ciężkim szumem modlitwę za umarłych. Jeden z nielicznej garstki olbrzymów rozkrzyżował ramiona i zwalił się ciężko. Tylko ziemia jęknęła, rozumiejąc, że popełniono morderstwo. Zwalił się drugi i trzeci. Już ich pozostało niewiele, jeszcze trzy, jeszcze dwa, jeszcze jeden, najwspanialszy.

Pan Borowski zjawił się w lesie i zamglonymi oczami patrzył na spustoszenie. Ile razy drzewo spadało, on poruszał wargami, jak gdyby żegnał się z nim albo odmawiał modlitwę. Dzień był napełniony wichrami, które zerwały się nagle i dęły z wściekłością. Pan Borowski brnął przez zaspy leśne, kiedy ścinano ostatnie jego drzewo; szedł, wbiwszy oczy w ziemię, jakby nie mógł potrzeć na śmierć potęgi i mocy.