— Ja? Niemożliwe! Ja mam „mokrą głowę”, a mokrej głowy ogień się nie chwyci. Kto to tak głośno mówi?

— Ojciec. Przemawia do ludzi i przysięga, że nie umrzesz. Cała wieś jest przed domem. Kobiety płaczą, a mężczyźni patrzą w okna i nie można ich namówić, aby sobie poszli. Oj, Irenko, Irenko!

— Oj, mamusiu, mamusiu! Niby burczysz, a jesteś zadowolona.

— Cicho bądź, śpij!

— Jak ja mogę spać, kiedy przed domem taki rwetes? Tyle hałasu o jedno dziecko.

Prawdziwy rwetes zrobił się jednak wtedy dopiero, kiedy Irenka po dwóch tygodniach zjawiła się w kościele na niedzielnym nabożeństwie. Troszeczkę była jeszcze blada i na jednej ręce miała niewielkie ślady po oparzeniu, ale uśmiechała się do ludzi, szczęśliwa i rozjaśniona. Do niej jednak nikt się nie uśmiechnął ani razu, gdy bowiem ktoś spojrzał na nią, zawsze miał oczy wilgotne. Patrzyli na nią wszyscy jak na zjawisko, a wzdychano na jej cześć tak często i żarliwie, że mogła na tych westchnieniach wzlecieć jak na obłoku. Po mszy otoczono ją przed kościołem i rozpoczęło się drugie nabożeństwo. Błagano Pana Boga na głos o wszelkie szczęście całej ziemi, o wszystkie łaski i dobrodziejstwa, o wszystką jasność słońca dla tej dziewczyny, co zawstydzona, wzruszona i szczęśliwa przechodziła przez szumiący ludzki tłum jak przez rozkołysane zboże. Dzieci patrzyły na nią z zabobonnym, przelękłym zachwytem jak na istotę nieziemską, a nieziemska istota mrugała w stronę ojca z szelmowskim uśmiechem, co miało znaczyć: „Spróbujcie mi teraz wymyślać za mokrą głowę, a ja wam zbuntuję całą wieś!”.

Nikt jej jednak nie wymyślał. Kiedy pierwsze o nią minęły strachy, tulono ją z miłością, bez słowa, do wzruszonych piersi, jeden Jaś tylko rzucił się jej na szyję z wielkim krzykiem, bo nie uznawał milczącej ceremonii. Gdyby była spaliła się na pieczeń, wtedy co innego, ale teraz nie było powodu do milczenia. Wrzask jest naturalnym głosem wielkiej radości i nie ma potrzeby zmiany odwiecznych urządzeń.

Irenka dziwiła się cokolwiek tym owacjom i wzruszeniom. Była szczęśliwa — to prawda — strach jednak mignął jej przed oczami; zaczęła obawiać się, czy przypadkiem taka wspaniała awantura nie zobowiązuje do jakiejś powagi i uroczystych min. Nie daj Panie Boże! Łatwo jest wejść do płonącej chałupy, bo nie ma nad to nic prostszego, i jeśli zdarzy się jakiś mały pożar, można będzie zaryzykować raz jeszcze, ale robić bohaterskie miny i wzdychać na ten temat — nie! Tego ona nie potrafi. To gorsze od stu pożarów i od trzęsienia ziemi. Ważyła więc przezornie w mądrej głowie, kiedy będzie można uznać uroczystość za skończoną. Sposobność zdarzyła się wyborna, bo po kilku dniach piorun zabił krowę na pastwisku, co zwróciło na siebie powszechną uwagę i rozpoczęło nową epokę w sielskim żywocie. Umarł pożar, niech żyje piorun! Wśród wspaniałego łomotu zdjął czar z Irenki, która uznała, że należy powrócić do szarości żywota i rozprostować ręce i nogi. Czas już był najwyższy, gdyż dłuższy okres spokoju był dla niej tak groźny, jak nieruchoma cisza na oceanie zabójcza jest dla żaglowego okrętu. Ona musiała być w ciągłym ruchu — jak młody pies, który ma tę właściwość, że pozornie ma cztery nogi, a naprawdę ma ich z szesnaście, bo go wciąż nosi we wszystkie strony, bez rozumnego powodu. Podczas owej ciszy kilkudniowej Irenka często stawała przed lustrem i przyglądała się sobie pilnie.

— Starzeję się! — westchnęła smutno.

Zaczęła w swojej oszalałej czuprynie szukać siwych włosów, a chociaż nie znalazła ani jednego, pewna była, że znajdzie je — nie dzisiaj, to jutro. Zbyt wiele bowiem zmartwień waliło się zewsząd na tę nieszczęsną głowę. Nie miała ani jednej wolnej chwili. Słońce, ujrzawszy sennym, zamglonym jeszcze okiem, że Irenka wstaje z łóżka, wschodziło czym prędzej, bo zapewne dzień już rozpoczął się, skoro ona jest na nogach. Rozdzierające ziewanie niczego nie dowodziło. Bez niej nie mogło zacząć się życie w białym domu i na folwarku. Wszyscy mogli jeszcze spać, ale ona — nie. Niech śpią. Są albo zmęczeni, albo chorzy; ona zaś nigdy nie wiedziała, co to jest zmęczenie, a najzdrowsza ryba w stawie była mniej zdrowa niż ona. Równocześnie zaś najweselszy ptak w promieniu stu mil dokoła był mniej wesoły niż ona. Kiedy weszła do mrocznej krowiej stajni, wtedy nawet tam czyniło się jasno od jej głosu; gdy trafiła pomiędzy ludzi ciężko pracujących, praca wydawała im się nagle lżejsza. Wszędzie zostawiała złote okruchy śmiechu i już biegła w inną stronę. Sama szyła sobie sukienki. Nie były one dość wytworne, aby można było ukazać się w nich na dworskim balu u zakochanego królewicza, ale nie były szyte na bal. Pończochy za to nosiła przedziwne i tak cudowne, jakich żadna na świecie nie miała księżniczka — z własnej, ciemnej skóry. Widać było na nich ciekawe wzory i najwdzięczniejsze desenie: krwawe pręgi, zadrapania i ukłucia. Najpiękniejsza jednak księżniczka nie posiadała takich czarnych diamentów, przeczystych i lśniących, jakie Irenka miała w spojrzeniu, ani takich bogactw niezmiernych, jakie ona miała w uśmiechu ust. Mało jednak dbała o te wspaniałości, nie wiedząc, że je posiada. Rosła sobie jak drzewo w lesie i chociaż miała lat dwanaście, równego niemal była wzrostu z matką, jak gdyby jadła drożdże.