— Irenka! — szepnął ze słodyczą.
Usta miał bardzo blade i drżące.
Dziewczyna obejrzała się w stronę domku i zaczęła wołać.
— Daj pokój — szepnął ksiądz — nie ma nikogo.
Nie mógł iść, a ona nie miała dość sił, aby udźwignąć potężną jego postać. Pomogła mu ułożyć się na ciepłej trawie i głowę jego oparła o zielony ul, w którym drżało cicho rozszemrane, złote życie. Serce się w niej tłukło, kiedy pobiegła po wodę i kiedy poiła go jak dziecko bezbronne i bardzo chore.
Przez lipy sączył się zmierzch jak różana woda i coraz bardziej gasły dalekie głosy z pól i łąk. Tylko spóźnione pszczoły brzęczały cichutko, lecz niespokojnie, i zaczęły krążyć nad jego głową. Czasem któraś, ciężka jak kropla miodu, padała w trawę, jakby chcąc być przy tym, który im królował. A on ciężko dyszał, coraz bledszy i bledszy, taki bez krwi — jak ten gasnący dzień.
Wielka, lodowata trwoga wionęła na serce tej dziewczyny, która nigdy nie zaznała strachu. Objąwszy ramieniem ukochaną, starą głowę, mówiła cichutko jak matka do dziecka:
— Czy księdzu lepiej? Co mam robić? O, mój złocisty! Przecież ksiądz nie umrze.
— Zdaje mi się, dziecinko, że umrę — mówił on z trudem.
— Matko Boska!