Przyjechał z miasteczka doktor, pan Lipień, jej ojca serdeczny przyjaciel. Był to znakomity lekarz i cudowna figura; zagrzebał się w małym miasteczku, choć mógł zyskać sławę w stolicy, i filozofował w wesoły sposób. Mały człowieczek patrzył bystro i układał usta w taki sposób jak ryba, która postanowiła umrzeć, lecz łapie jeszcze powietrze. Lipień nazywał się, a że to nazwa ryby, więc rybie stroił miny. Znał dobrze Irenkę, lecz od dawna jej nie widząc, przyglądał się jej teraz z prawdziwym upodobaniem.

— Czy mam — powiada — mówić z panią jak z dzieckiem czy jak z dorosłą panną?

— Jak z dorosłą. Ja mam już prawie czternaście lat. Niech pan doktor wszystko powie mi otwarcie. Jak jest z mamusią?

— Nie bardzo, ale nic złego. Teraz lepiej i będzie lepiej.

— Chwała Bogu!

— Zgoda. Pan Bóg to najlepszy lekarz i nie potrzebuje apteki. Ale w tym domu to nie matka jest ciężko chora.

— Panie doktorze! A kto? Babka?

— Babka, jak dobrze pójdzie, mnie pochowa. Teraz może jeszcze podnosić ciężary. A ileż ona ma lat?

— Babka? Rozmaicie... Tego nikt dobrze nie wie. Przed trzema laty miała dziewięćdziesiąt, a przed kilku dniami siedemdziesiąt.

— To doskonale. Niech sobie kobiecina młodnieje. I nie babka jest chora, tylko pani.