— Ja? — uśmiechnęła się Irenka. — Ja jestem zdrowa jak źrebak.

— Tak to się panience zdaje, bo panienki od tego są, aby im się wciąż coś zdawało. Ciałem Irenki można by na dobrą sprawę rozbijać mury, ale ja nie o nim mówię. Jak długo pani nie leczę, będziesz, kobieto, zdrowa jak rydz, więc niech panią Pan Bóg przede mną zachowa jak najdłużej. Ale z czym innym jest gorzej.

— Z czym, panie doktorze?

— Pani długo nie wytrzyma. Ja wiem, co panienka wyprawia. Nie je, nie śpi, nie ma spokojnej chwili. Tak nie można, drogie dziecko. Zbliża się pani wprawdzie do sędziwego wieku lat czternastu, ale jest pani dzieckiem. I jednego dnia, co nie daj Boże, dziecko złamie się jak młoda brzózka.

— Ja muszę — rzekła cicho.

— Czy nikt pani nie może pomóc?

— Nikt. Pan wie, że mamusia chora, a ciotki i babka...

— Wiem, wiem. Ciotek nie można zaprząc do pługa, bo nie uciągną, a babka też krowy nie wydoi. Biedactwa są to poczciwe... Ale pani też nie uciągnie. Niech pani nie gniewa się, że do nie swoich spraw się mieszam. Trochę jestem na ten temat pomylony, a i pani też, jak ludzie opowiadają. Swój swojemu nie wyrządzi krzywdy.

Irenka uśmiechnęła się serdecznie.

— A ja będę swoje robiła!