— Zgoda. Wariatom sprzeciwiać się nie należy, mogę tylko zapisać okład z lodu na głowę. Ale jedno niech mi Irenka przyrzeknie...
— Co takiego, panie doktorze?
Doktor mówił wesoło, ale tak, jak gdyby pod tą wesołością chciał coś ukryć.
— Niech mi Irenka przyrzeknie, że kiedy poczuje w głowie zbyt wielki galimatias, to wtedy do mnie jak w dym. A jak jakieś nieszczęście, to też do mnie. Nawet gdyby mnie trzeba z łóżka wyciągnąć za łeb, bo ja bardzo cenię piwo, tylko że mi po nim spać chce się strasznie... A jakby coś tego... No... Jak to się zowie... Aha! Jakby coś tego z gotówką, też do mnie. W dzień czy w nocy. Niech pani takich zdumionych min nie robi, bo ja się nie przestraszę. Ja jestem stary sknera i składam talary, a mnie to po co? Żony nie mam, dzieci nie mam, a piwo tanie. Mam czerwoną, bawełnianą pończochę po prababce i już do pięty napełniłem ją srebrem i miedzią. Pończochę, oczywiście, nie prababkę... Dobrze, drogie dziecko?
Ułożył usta w „ciup” i udawał, że jest znakomicie ubawiony. Irenka patrzyła na niego rozrzewniona, myśląc, dlaczego wszyscy tacy są dla niej dobrzy. Widzi tego człowieka może drugi, trzeci raz w życiu, a on do niej przemawia jak ktoś bliski i bardzo serdeczny. Bez wielkiego namysłu rzuciła mu się na szyję i ucałowała cudaczną jego twarz. Doktor pokraśniał, zdumiał się i rzekł ze śmiertelną powagą:
— Samą pończochę dam pani też.
I wyszedł, gadając do siebie głośno, strasznie z siebie rad.
Nie byłoby mu jednak tak wesoło, gdyby mógł odgadnąć, jak szybko sprawdzi się jego proroctwo. Z ludźmi dawała sobie dziewczyna radę, ale nie mogła podołać papierom. Nagromadziło się ich tyle, że nie mogła z każdym z osobna biec po radę do dobrych ludzi, jak to czyniła dotychczas. Papiery były wrogiem — licznym i niepojętym; nie miały serca ani litości, szczerzyły tylko czarne zęby liter. Nie można było do nich ani zagadać, ani ich wzruszyć. Dziecko patrzyło na nie z przestrachem, nie rozumiejąc, czego od niego chcą, o co je nagabują. Dziewczyna wiedziała to jedno, że wciąż grożą i grożą. Bała się dotknąć ich, a nie mogła oderwać od nich oczu. Co one oznaczają, czym straszą? Musiały być złe, bo matka, przejrzawszy je, zbladła, a one wysunęły się z szelestem z jej drżących rąk. W Irence rósł lęk. Pewnej niedzieli poprosiła po mszy trzech sąsiadów i zatrwożonym głosikiem ubłagała ich w imieniu matki, aby zaszli do białego domu i zbadali tajemnicę tych papierów. Uczynili to chętnie i przejrzeli je szybko, z doskonałą wprawą. Spojrzeli po sobie, a potem na Irenkę, wpatrzoną w nich tak, jak patrzy chory na twarze zebranych przy nim lekarzy.
— To nic złego, nic złego, drogie dziecko... — rzekł wreszcie stary, siwy pan. — Małe kłopoty. I tyle.
Irenka wyczuła jednak, że głos jego brzmiał niepewnie i nieśmiało. Potem jeden z nich poszedł z nią obejrzeć gospodarstwo, a dwaj inni chcieli porozmawiać z matką. Dyskutowali z nią długo i cicho. Nikt tej rozmowy nie słyszał. Kiedy jednak odjechali i Irenka spojrzała na matkę, zrozumiała wszystko, bo łzy w oczach pani Borowskiej bardziej wymowne były od słów.