Przyjaźń Irenki z doktorem była bezgraniczna i oparta na całkowitym zaufaniu. Dobry ten i przedziwnie mądry człowiek wiedział o każdym drgnieniu dziewczęcego serca. Gdyby miał własną córkę, nie mógłby jej kochać serdeczniej. Irenka zaś uwielbiała go razem z jego niewinnymi dziwactwami, z pokaleczonym butem, ze zbyt obszernym kołnierzykiem celuloidowym (który można było do stanu świetności przywrócić przez obmycie go zimną wodą), z wesołym sposobem mówienia. Wybiegała czym prędzej za próg, kiedy ujrzała przez okno drobną figurkę w meloniku na głowie, figlarnie opuszczonym w stronę lewego ucha, gestykulującą rękami w jaskrawożółtych, nicianych rękawiczkach i kroczącą z powagą kardynała, który za chwilę będzie błogosławił padający na kolana lud. Na rzęsiste ukłony i głośne powitania — lubiano go bowiem nadzwyczajnie — odpowiadał przyjaznym, lecz łaskawym skinieniem ręki i poruszeniem głowy takim, jakim kłania się porcelanowa figurka Chińczyka. W wypadkach szczególnie rzadkich i osobliwych ujmował dwoma palcami kresę76 twardego kapelusza i unosił go nad czubkiem głowy ruchem największego eleganta ze śmiesznych okresów mody. Mądry i przezorny otwór w bucie, o którym wiedziało całe miasteczko, nie psuł bynajmniej wytwornej całości, jak dziurki w nosie nie szpecą nosa.

Odwiedzał domek pani Borowskiej; codziennie bawił smutną kobietę w sposób godny francuskiego markiza, ciekawie jej czasem opowiadając o nowych, a przedziwnych sposobach pozbywania się solitera77 lub o chorobach ciężkich, a mało zbadanych. Kiedy rozumiał, że pani Borowska ma dość, badał jej serce, oznajmiał poetycznie, że z takim sercem można startować w konnych wyścigach, i żegnał ją grzecznie, śpiesząc na konferencję do Irenki. Zajęła ona izbę po ciotkach, więc sala konferencyjna zawsze była gotowa.

Wiedli rozmowy wielce poważne, a im poważniejsze, tym głośniej śmiała się dziewczyna. Bez wtóru śmiechu mówiono wtedy tylko, kiedy omawiano przyszłość, chorobę matki lub sprawy codzienne — szare i dokuczliwe. Doktor, sam siebie mianowawszy opiekunem Irenki, musiał wiedzieć o wszystkim, bo i o tym nawet, co Irenka upitrasiła na obiad i czy buty Jasia trzeba oddać do naprawy.

— Bóg nam pana zesłał, drogi panie doktorze! — mówiła czasem Irenka.

— Widać nie miał nikogo lepszego pod ręką, więc zesłał takiego jak ja marcepana. Czemu dzisiaj wyglądasz jak piątek ze śledziem i z pieczonymi kartoflami?

— Martwię się...

— To łatwe zajęcie, tylko że niepotrzebne. Czym się martwisz?

— Panie doktorze! Ja muszę czymś zająć się... Znaleźć jakąś pracę...

— Świetnie! Możesz uczyć tańczyć dwóch paralityków w naszym mieście, bo innej roboty nie znajdziesz. Albo będziesz u mnie udawała taką, co była beznadziejnie chora, ale od razu ozdrowiała, ledwiem na nią spojrzał.

— Nauczę się szycia i będę zarabiała.