— Przecież ciocia pisze wiersze, a kiedy tworzy, głośno je powtarza.

— Och! Och! — zdumiał się doktor. — Czy na to nie ma rady?

— Zdaje się, że nie ma.

— A gdyby tak zimne okłady na głowę? To nadzwyczajne! Patrzysz na kobiecinę i niby nic: chuchro! A w niej mieszka szatan, demon poezji. Czy ona potrafi prorokować?

— Chyba nie, dotąd nie zdarzyło się to jeszcze.

— Wielka szkoda, wielka szkoda! Jeździlibyśmy po jarmarkach i zbijalibyśmy grube pieniądze. Ja robiłbym hokus-pokus, a ciocia wygłaszałaby proroctwa. Na co Irenka tak pilnie patrzy?

— Patrzę, bo panu doktorowi pękł but.

— Przenigdy! Czasem pęka mi serce, ale dziurę w tym bucie ja sam wyciąłem. Jest to pomysł głęboki i zrealizowany po wielkim namyśle, bo w tym miejscu mam odcisk, więc mu otworzyłem okno na świat.

— A kiedy pada deszcz? — zanosiła się Irenka od śmiechu.

— W okresach burzliwych, mroźnych lub deszczowych odnajduję w kieszeni wycięty kawałek skóry i wkładam go w miejsce jego pochodzenia. Wtedy cierpię i milczę.