— Ach, to bardzo dziwne... Bo patrzę, patrzę i oczom nie wierzę... To były pieniądze.
— Pieniądze? Skąd pieniądze?
— Otóż właśnie... Sama nie wiem... Przez całą noc myślałam, skąd ja mam te pieniądze? Aż tu nad ranem przypominam sobie, o, doskonale sobie przypominam, że przed kilku laty świętej pamięci kuzyn dał mi te pieniądze i powiada: „Niech panna Amelcia schowa, bo ja nie mam gdzie”. No i ja schowałam, a wczoraj znalazłam... Oto te pieniądze!
„O, jak ty umiesz kłamać, droga ciotko!”, myślała Irenka.
Pani Borowska uwierzyła poczciwie niezdarnej opowieści, bo wszystkiemu wierzyła i wszystkim. Irenka nie rzekła ani słowa, tylko nieufnie kręciła czarną głową; kiedy jednak nazajutrz przyszedł doktor, popatrzyła mu prosto w oczy, on zaś z dziwnym pośpiechem spojrzał w okno.
— Pan doktor — rzekła Irenka — gubi niewinną duszę ciotki, a tu jest kwit.
Podała mu kartkę papieru, która głosiła, że ona, Irena Borowska, winna jest doktorowi Zenobiemu Lipieniowi sumę złotych stu, które zobowiązuje się zwrócić w czasie nieograniczonym.
— Czy tak dobrze? — zapytała.
— Wyśmienicie! — bąknął doktor zapłoniony jak panna.
Nagle gniew go poderwał jak wicher suchy liść.