— Jeśli jest chuda i długa, rym do niej będzie „drabina”. Widziałaś kiedyś ciotkę hrabinę?

— Nigdy jej nie widziałam, bo ona nie bardzo nas kocha.

— Niech jej za to wypadną dwa przednie zęby! — zakrzyknął doktor z nagłym gniewem. — A czemuż to ona nie bardzo was kocha?

— Ja domyślam się tylko — mówiła Irenka — bo na pewno nie wiem.

Opowiedziała doktorowi obszernie o niechęci pani Opolskiej wobec szaraczka, za którego uważała jej ojca, i historię listu wysłanego przez matkę.

— Dziwna rzecz — mówił doktor — zdawało się, że każda ciotka jest chodzącą, uśmiechniętą dobrocią. Widać, że gatunek ciotek marnieje i wyradza się. I ty wybierasz się do takiej ciotki? Po co?

— Panie doktorze! Wolałabym sto mil przeczołgać się na kolanach. Serce we mnie martwieje na myśl, że ja muszę prosić. Gdyby szło o mnie tylko, nie uczyniłabym tego nigdy i albo umarłabym z głodu, albo wstąpiłabym do cyrku, bo umiem dobrze jeździć konno. Pan jednak najlepiej wie, co się z nami dzieje. Przecież ja patrzeć nie mogę, jak się mama męczy w zatęchłej, wilgotnej izbie i musi jeść suche kartofle wtedy, kiedy jej najbardziej potrzeba porządnego jedzenia. A co będzie z Jasiem? Zima już jest i zaczną się straszne rzeczy.

— Nic strasznego nie stanie się — mówił cicho doktor. — Jak długo ja żyję...

— Otóż to... Pan jest kochanym, najlepszym człowiekiem na świecie, poratował nas pan już nie raz jeden. Czy pan jednak myśli, że mnie nie chce się płakać, kiedy musimy korzystać z miłosierdzia, chociażby takiego zacnego, jak pan, człowieka? Panie doktorze, ja nienawidzę pieniędzy!

— Ja też — wtrącił doktor. — Lubię jednakże mieć wroga w ręku, aby mu to powiedzieć wprost w oczy. A cóż ty myślisz zrobić z tą dostojną ciotką?