Naradzał się potem z ciocią Amelią, która miała więcej wiadomości o pani Opolskiej i opowiedziała doktorowi jej historię. Była to dama w podeszłym wieku, którą nieszczęścia uczyniły twardą i zamkniętą w sobie — najpierw umarł jej mąż, a potem córka, uwielbiana i pieszczona. Pozostał jej jedynie ogromny majątek i równie wielka gorycz życia. Mieszkała stale w Warszawie, lecz — czy to dlatego, że dom swój uważała za nieszczęśliwy, czy też dlatego, że wszędzie czarnym cieniem szły za nią wspomnienia — krążyła wciąż po świecie, jak gdyby uciekając przed nimi. Wyjeżdżała najbardziej niespodziewanie, a było jej to obojętne, dokąd wyjeżdża. Utraciwszy szczęście własne, nie mogła patrzeć na cudze; stała się kamiennie obojętna na wszelkie cudze cierpienie, jak gdyby jej własne było największe. Z nikim prawie nie utrzymywała stosunków — wyniosła i dumna. Może byłaby znalazła wśród ludzi pociechę, ale ze swego lodowego szczytu nie chciała zejść w dolinę, gdzie dzielą się uczciwie i radością, i cierpieniem. Dlatego przestała istnieć dla niej jej najbliższa krewna, słodka i dobra pani Borowska, bo ważyła się zejść w te doliny, gdzie najtkliwszą znalazła miłość.
— Widzę z tego — rzekł zamyślony doktor — że to nieszczęśliwa osoba, co ma serce, tylko że trochę pomylona.
— A czemu pan doktor tak interesuje się panią Opolską? — zapytała ciocia Amelia.
— Bo chciałbym się ożenić, ale tylko z hrabiną! — odrzekł on i poszedł, nie zwróciwszy na to uwagi, że żona Lota82, zamieniona w słup soli, mniej zdumioną miała minę niż ciocia Amelia. Po dłuższej dopiero chwili zaczęła poruszać szybko powiekami, podniosła rękę, położyła ją na piersi, jakby szukając serca, i westchnęła wreszcie tak rzewnie jak umierający słowik.
— Tylko z hrabiną... O, Boże Wszechmogący!
Doktor zaś, wędrując przez błotniste uliczki i omijając kałuże, dzieci i wracające do obór krowy, gadał półgłosem sam do siebie i naradzał się ze swoją bystrą duszą. Tak przylgnął do tej gromadki, że wszystkie sprawy stały się jego sprawami, a pani Borowska nie drżała tak o Irenkę, jak on o nią drżał. Puścić ją na tę wyprawę czy nie puścić? Najbardziej trwożyło go to, że ucierpi duma Irenki, zmuszonej do prośby. Nie wierzył w powodzenie tego przedsięwzięcia. „Z drugiej jednak strony”, rozmyślał, „czy jest na świecie ktoś, kto mógłby się oprzeć jej spojrzeniu i jej prośbie nie dla siebie, lecz dla matki? W tej dziewczynie jest tyle jasności i tyle dziecięcej rzewności, że kamień pękłby i swoje kamienne oddałby jej serce. A to przecież bliska krewna, samotna, bez rodziny, bez nikogo. Poratuje swoją krew i swoich najbliższych. Zresztą, to jedyny ratunek”. On sam mógł przemycić naiwnym sposobem trochę grosza do tego smutnego domu, ale trudno jest powtarzać takie sztuki. Pani Borowska przyjęła te pieniądze w dobrej wierze, spostrzegłaby się jednak następnym razem. A będzie coraz ciężej i ciężej. Biednej kobiecie trzeba spokoju i jakich takich wygód. Dzieci zmarnieją...
W tej chwili zacny doktor, zamyśliwszy się, wpadł w kałużę: Nie zauważył tego jednak, wpatrzony w swoje myśli, które krążyły niespokojnie jak jaskółki przed burzą.
„Może tak będzie jednak najlepiej, myślał, ”jeśli dziewczyna spróbuje. Uczyńmy wróżbę, zwyczajem starożytnych! Pędzą stado krów... Jeżeli liczba będzie parzysta, niech jedzie, jeżeli nieparzysta, na nic wszystko”.
Przystanął i zaczął głośno liczyć krowy.
— Jedenaście krów i jedno cielę... Czy to parzyste czy nieparzyste? Diabli nadali cielę! Wszystko nieważne... Trzeba będzie wyprorokować z liczby wróbli siedzących na płocie...