Wróble patrzyły ciekawie na tego dziwnego męża, który je po kolei wskazuje palcem i głośno liczy:

— Trzynaście, czternaście, piętnaście...

Kiedy miał zakonotować ostatniego wróbla, szesnastego, temu coś nie bardzo się spodobało i zerwawszy się z płotu, z gęstym ćwierkaniem uciekł. Doktor opuścił wzniesioną rękę:

— Był czy go nie było? Oszust, nie wróbel. Był i uciekł. To nie może być ważne...

Zrezygnował z mętnych wróżb i postanowił zaufać niewzruszonej potędze swojego rozumu, który wyostrzył jak nóż, aby nim olśnić panią Borowską, w razie gdyby przeciwko podróży Irenki wytoczyła walne83 argumenty. Pani Borowska jednakże, oprócz łez, nie miała żadnych argumentów. Rozżalona była twardym i nielitościwym listem pani Opolskiej i teraz nie miała żadnej nadziei, aby poselstwo Irenki mogło się przydać. Trwożył ją wyjazd dziewczyny, chociaż takie dzielne stworzenie jak Irenka można bezpiecznie wysłać na kraniec świata.

— Wstyd mi — mówiła — że musimy prosić. Wolałabym zapaść się pod ziemię, niż wysyłać to dziecko. Czy nie ma innej rady?

Nikt nie odpowiedział na to pytanie, bo istotnie nie było rady. Irenka pokazała doktorowi ścianę, po której zielonym liszajem pełzała wilgoć. Doktor skinął głową.

— Pani droga — rzekł miękko — przecież Irenka nie pojedzie prosić o jałmużnę. Pani Opolska ma obowiązek ratowania swoich najbliższych. Gdyby pani była bogata, a pani Opolska mieszkała w stęchłym mieszkaniu i nie miała co jeść razem z dziećmi, co by pani zrobiła?

— Ach, to zupełnie co innego!

— Otóż Irenka ma to wykazać, że to nie jest co innego. Skoro Pan Bóg dał jednemu więcej niż drugiemu, uczynił to zapewne w tym głębokim przekonaniu, że ten pierwszy czym prędzej z drugim się podzieli. Zresztą możemy przyrzec pani Opolskiej, że jej kiedyś oddamy.