— Jak to: „oddamy”? Kto?

— My wszyscy razem — odrzekł doktor. — Cóż to? Czy ja należę do rodziny czy nie należę? Mógłbym równie dobrze być pani wujem, jak pani Opolska ciotką. Powagę odpowiednią do tego mam, z tym tylko bieda, że jestem taki łapserdak84. Irenko, będziesz mnie nazywała wujem?

— Zrobione! — krzyknęła dziewczyna z entuzjazmem.

— O, widzi pani, jak łatwo jest o uczciwe pokrewieństwo. Niechże więc dziewczyna jedzie, a mnie pozostawi opiekę nad panią i tym basałykiem. Najgorsza rzecz w tym, żeby dała sobie radę w Warszawie. Nie macie tam kogoś bliskiego?

— Nikogo — odpowiedziała pani Borowska.

— Przepraszam — rzekła Irenka. — Ja mam. Tam przecież jest pan Podkówka!

Wyjaśniono doktorowi, kto to taki pan Podkówka, a lekarz — zanotowawszy sobie jego imię, nazwisko, stan cywilny, przypuszczalny wiek i adres — skinął głową z uznaniem.

— Jeśli Irenka ma w stolicy tak potężne protekcje, włos jej nie spadnie z mokrej głowy. Pan Podkówka musi być dzielnym człowiekiem i zyskał mój głęboki szacunek.

Wobec tego postanowiono wysłać Irenkę do Warszawy, zawiadomić pana Podkówkę, a panią Borowską z Jasiem przenieść na czas nieobecności córki do obszernego domu doktora. Podróż mogła potrwać kilka dni — oczywiście, jeśli wszystkie skrupulatne obliczenia nie zawiodą i jeśli Irenka nie pogmatwa ich z właściwą sobie fantazją. Jej jednak już było śpieszno z powrotem, chociaż jeszcze nie wyjechała.

Wieczorem zapytała matkę: