Wysypała na stół pieniądze, przeznaczone na powrót; przeliczono je trzykrotnie i zauważono ze smutkiem, że razem z przesyłką doktora starczy ich może na połowę, może na trzy czwarte dalekiej drogi.

Resztę drogi odbędę pieszo — oświadczyła Irenka.

Na to mama w płacz, żona w śmiech, a pan Podkówka, drapiąc się za uchem, szukał rady w pobliżu rozumu.

— Mam, mam! — zawołał nagle uradowany.

Mama przestała płakać, jakby nożem uciął, żona spojrzała na męża z uwielbieniem.

— Zdarza się tak szczęśliwie — mówił szybko pan Podkówka — że kasjer na kolei to mój szkolny kolega. Wyborny chłopiec i bardzo uczynny... Że też mi to od razu nie przyszło do głowy! Otóż ten mój kolega zawsze mi daje po znajomości bilety kolejowe znacznie taniej.

— Czyż to możliwe? — spytała Irenka z niedowierzaniem.

— Z całą pewnością możliwe! Oni mają jakieś takie prawo, tylko że nikt o tym nie wie, a oni nikomu o tym nie mówią. Ileż jednak razy ja sam tak jeździłem! Niech pani zapyta moją żonę...

Ponieważ szlachetne łgarstwo zaczęło się plątać, więc je czym prędzej oddał swojej roztropnej żonie, aby je rozwikłała jak kłębek nici.

— Tak mówią — oświadczyła żona. — To się nazywa jechać „ze zniżką”.