— Pan doktor zawsze jest taki śmieszny — objaśniła Irenka. — Gdyby jednak wiedział, że cała moja wyprawa na nic, byłoby mu smutno. Ale moja wyprawa nie będzie daremna... Jadę do Zakopanego!
— Matko święta! — krzyknęła mama pana Podkówki, przerażona wizją niezmiernej dali.
— Jakże tak, sama? — bąknął zatroskany mecenas. — Irenka jest pod moją opieką, a ja na to nie zgodzę się.
Irenka zmrużyła lewe oko na znak, że uwielbia pana Podkówkę, ale lekceważy sobie cokolwiek jego powagę. Wiedziona znakomitym instynktem, zwróciła się czym prędzej do wesołej jego żony, jakby czując, że uśmiechnięte jej słowo miało w tym domu siłę gromu i ostatecznego wyroku.
— Prawda, proszę pani, że mi nic nie grozi?
Ponieważ równocześnie pogładziła pod stołem miękkim, kocim ruchem jej kolano, żona pana Podkówki orzekła po krótkim namyśle, że prawie dorosła panna może jechać bezpiecznie — tym bardziej, że ona czytała kiedyś, jakoby czteroletnie dziecko z przypiętą na piersi kartką przejechało przez całą Europę.
— Pojedzie pani! — ogłosiła zdumionemu światu.
Tylko powszechna rewolucja albo straszliwe trzęsienie ziemi mogło odmienić ten wyrok. Mama oblała go łzami, a pan Podkówka przypatrywał mu się nieufnie, bladym wzrokiem.
Wydobyto mapę, rozkłady jazdy i rozpoczęto narady, jak, kiedy i którędy uda się Irenka w tę niebezpieczną podróż.
— Obliczmy przede wszystkim, za co — powiedziała Irenka gorączkowo.