Serce Irenki uderzyło mocniej, jak gdyby też miało oczy i patrzyło olśnione. Chciało się jej krzyczeć z radości i z wielkiego szczęścia, że na świecie jest tak niebiesko i biało, i złociście. Patrzeć nie można było na tę białość niepokalaną. Oczy Irenki napełniły się łzami, a ona nie wiedziała dobrze, czy naprawdę płacze czy to ten blask diamentowy łzy wyciskał z jej oczu. A góry znikały i ukazywały się znowu; słońce, jakby z wielkiej uciechy igraszki sobie czyniąc, złociło się raz z lewej, raz z prawej strony albo chowało się za lasem czarnym, wysokopiennym i dostojnie poważnym, bo mu nie były dziwne te dziwa.

— Już! Już! Już! — sapnęła lokomotywa i ostatnim wysiłkiem wyciągnąwszy pociąg na górkę, przystanęła, własnym zdumiona trudem.

Irenka, niosąc tobołek, szła powoli przez zaczarowany świat. Słońce było wszędzie, jak gdyby w tym cudownym kraju nie było niczego innego prócz słońca. Może dlatego wszyscy ludzie są uśmiechnięci i mają w oczach radość. Dziwnie ubrani, krążą ulicami, a słońce chodzi za nimi. Irenka namyślała się długo, którego z przechodniów zapytać o drogę. Wybrała wreszcie do tej misji dziewczynkę, co w czerwonej czapeczce i czerwono rozkrzyczanym szaliku wyglądała jak wesoły gil na śniegu. Ta jednak po głębokim namyśle oświadczyła, że nie wie. Należało zwrócić się do kogoś poważniejszego niż dziewczynka, która ma zazwyczaj źle dobrane kolory, bo czerwoną czapeczkę na głowie, a w głowie jasną, wiosenną zieloność.

Przechodził właśnie młody człowiek, tak świetnie odziany, jak gdyby za nim biegał nieustannie krawiec z żelazkiem i wciąż prasował śliczne ubranie. Młodzieniec patrzył jasno i zwycięsko. Od czasu do czasu uśmiechał się sam do siebie i ogarniał błękitny świat takim wzrokiem, jak gdyby cały ten świat i słońce, góry i doliny należały do niego. Zdawało się, że po skrzypiącej od mrozu ziemi stąpa łaskawie, a ona, uległa i szczęśliwa, rzuca mu pod nogi brylanty śniegu. Przechodząc, spojrzał na Irenkę wesoło, co ją ośmieliło nadzwyczajnie.

— Proszę pana... — zatrzymała go, dygnąwszy uprzejmie.

On spojrzał na nią, cokolwiek zdziwiony, ujrzawszy jednak śliczną twarzyczkę, uśmiechnął się jak król, któremu najpiękniejsza dziewica miasta podaje przy bramie kwiaty, a za chwilę wygłosi wiersz powitalny.

— Może pan wie, którędy się idzie do takiego domu, co się nazywa „Ustronie”?

Cień zawodu przemknął po zwycięskim obliczu młodziana, odrzekł jednak uprzejmie:

— Idę właśnie w tamtą stronę. Niech pani idzie ze mną, a ja potem pokażę pani ten dom.

— Bardzo panu dziękuję! — rzekła Irenka z wielką powagą.